Zaczynamy od nowa

Naprawdę chciałabym przyznać, że etap bycia mistrzem zaczynania od nowa mam już za sobą. Że nie ma dla mnie znaczenia to, czy dzisiaj jest wtorek, czy może akurat poniedziałek. Że nie rusza mnie żaden pierwszy dzień miesiąca.

Chciałabym nawet złożyć obietnicę, że już nigdy więcej nie będę utożsamiać pierwszego stycznia z rozpoczynaniem wszystkiego od nowa. Marzy mi się przysiąc, że pierwszy sierpnia wypadający w poniedziałek (<3) nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia.

2

Bo to wszystko dotychczas wyglądało zazwyczaj tak samo. Najpierw pojawiała się motywacja, a wraz z nią ambitne pomysły. Były nawet zazwyczaj jakieś plany na ich realizację, kilka zwykle udawało się nawet wprowadzić w życie. A potem jakoś tak się działo, że w konsekwencji rzadko kiedy bywało przepięknie. Dużo częściej tylko miało tak być. No ale cóż. Potem wychodziło… jak zwykle.

Emocje opadały, a ambitne plany odchodziły w zapomnienie. Przy okazji oddalała się też ode mnie nadzieja, że cokolwiek uda się zrobić z tym, z czym zrobić coś planowałam. Potem jednak przychodziła frustracja i pytanie życia: dlaczego wszystko nie naprawia się w takim tempie, w jakim potrafi się zepsuć? Odpowiedź zazwyczaj bywała jednak zbędna.

3

Scenariusz co jakiś czas się powtarzał,a ja nie mogłam zrozumieć, co robię nie tak. Nieudane próby osiągnięcia czegokolwiek przekreślałam grubą kreską, najdrobniejsze potknięcie pozwalało mi każde przedsięwzięcie uznać za totalną porażkę.

Za jakiś czas, na szczęście, znowu pojawiała się motywacja. Wraz z nią ambitne pomysły. Były nawet plany na ich realizację, kilka zwykle udawało się wprowadzić życie. Znowu miało być tak pięknie. I znowu… wychodziło jak zwykle.

Po kilkudziesięciu razach jakimś czasie jednak zrozumiałam, że to nie o to chodzi, żeby celebrować wszystkie poniedziałki, zarzekać się, że TYM RAZEM NAPRAWDĘ wszystko wyjdzie idealnie, stawiać sobie jakieś śmieszne dedlajny, a potem pozwolić kryzysom dzielić nam życie na etapy. To wszystko po prostu powinno się dziać. Pod szyldem długotrwałego procesu.

4

Naprawdę chciałabym przyznać, że etap bycia mistrzem zaczynania od nowa mam już za sobą. Że nie ma dla mnie znaczenia to, czy dzisiaj jest wtorek, czy może akurat poniedziałek. Że nie rusza mnie żaden pierwszy dzień miesiąca. Ciągle czuję jednak do nich dziwny sentyment. Porównywalny do uczucia, jakim darzę puste zeszyty, niezapisane kartki i nowe kalendarze.

Na szczęście, prędzej czy później nieśmiało zaczynam je wszystkie zapełniać. Żeby potem mieć do czego wracać. I stwierdzać, że przecież tyle dobrego cały czas wokół mnie się wydarza. To wszystko po prostu się dzieje. Przyszłość, co prawda, zaczyna się codziennie. Ale jest w stałym kontakcie z tym, co działo się wczoraj.

I to jest przepiękne.

karina