Stęskniłam się

Nigdy nie tęskniłam za żadnym Poniedziałkiem. Niby normalny odruch. Wręcz książkowe zachowanie. Mimo wszystko dopiero teraz uświadomiłam sobie, że taka postawa i ta cała nie-tęsknota niosą za sobą jakiś głębszy przekaz, jakieś głębsze wyrażenie. 

Ja po prostu Poniedziałków – jak każdy szanujący się obywatel – nie lubię. Nie czekam na nie z utęsknieniem. Nie chcę, żeby nadchodziły i nie życzę sobie, żeby się do mnie słodko uśmiechały.

No dobra, wiadomo. Z dwojga złego lepiej w tę stronę. Przecież wolę, żeby było miło. Tylko że ja już z góry wiem, że akurat Tego uśmiechu nie docenię tak bardzo jak widoku iskrzących się oczu kogoś, na kogo właśnie w tej chwili czekam. Za kim tak mocno się stęskniłam.

To wszystko stało się tak nagle jakoś banalnie proste. Tak idealnie w punkt się skomplikowało.

1dc5793ef85c384f0b67576b2a77161c

Wiesz co. To chyba po prostu tak się jest. Że chcemy być właśnie tym, czego brak odczuwamy. I  to w gruncie rzeczy właśnie uczucie tej pustki, które dostarcza nam przy okazji bardzo bogatego miksu emocji, potrafi wyrazić więcej niż tysiąc słów.

Jest niedziela, wieczór, a ja już tęsknię za piątkiem. Po cichu marzę nawet o takiej jednej środzie. I bardzo nie chcę myśleć o jeszcze innym wtorku. Odsuwam od siebie to, czego brak szalenie bym doceniła, starając się przyciągać myślami każdy fragment twojej obecności.

Nigdy w ten sposób nie tęskniłam za Poniedziałkiem. Nigdy tak mocno nie potrzebowałam nawet Piątku.

karina