Naturalne produkty zostawiam na poniedziałek

Marzą mi się różowe włosy. W takim idealnym odcieniu flamingo pink zaczynającym się tuż nad linią mojego czoła. Mam też ochotę na sztuczne różowe futro i wielkie przeciwsłoneczne okulary.

Fantazjuję o przyszłym sobotnim poranku. I takim świeżo wyciskanym soku z pomarańczy na śniadanie. Teraz jednak raczej wyobrażam sobie pizzę. Gdybym zjadła ją jeszcze dzisiaj, mogłabym jutro znowu (jak średnio co 168 godzin) rozpocząć moje życie zupełnie od nowa.

Naturalne produkty zawsze zostawiam sobie na poniedziałek. To właśnie zawsze tego dnia, zagłuszając dźwięki weekendu, witam nowy tydzień szklanką sojowej latte. I to właśnie jej, a nie pizzy, zrobię zdjęcie, które polajkujesz później na instagramie.

Buszuję właśnie w otchłaniach internetu, otaczając się rzeczami, na które mnie nie stać. Znalazłam nawet taką torbę za kilka tysięcy (euro) i ciągle staram przekonać samą siebie do tego, że fakt, iż w najbliższym czasie z pewnością jej nie będę miała, wynika tylko z tego, że nie jest zapinana na zamek. A ja przecież jestem rozsądna. Bo w to też w międzyczasie próbuję uwierzyć.

Za chwilę zamykam jednak wszystkie wirtualne zakładki. Wychodzę do sklepu. Do plastikowego koszyka pakuję całe moje niezdecydowanie. Tabliczkę czekolady równoważę jogurtem naturalnym, do paczki chipsów dobieram dwie płatków owsianych. Gdyby było mi dobrze, nazwałabym to równowagą. Dzisiaj jednak nie jestem się w stanie do tego przekonać.

Co pani taka smutna? Uśmiechnie się pani  – podpowiada kasjer, jakby tego pytania mi było trzeba. A potem dodaje, że wódka w promocji. Uśmiechnęłam się, panie.

Wiesz. Mam ochotę na taki duży wełniany sweter i jeszcze większy koc, pod którym mogłabym się teraz schować. Może i nawet marzą mi się zielone włosy? W takim idealnym odcieniu emerald green tuż nad linią mojego czoła…