Jak sobie dobrze radzić?

Wchodzę do kawiarni. Jeszcze nie do końca wiem, czego chcę. W sumie chętnie zjadłabym bezę, ale kelner jest zbyt przystojny, żeby tak od razu przyznawać się przed nim do swoich słabości. Proszę więc o mrożoną kawę i upewniam się trzy razy, żeby nie była za słodka. Dopiero w toalecie zauważam resztki czekoladowych ciastek na mojej twarzy.

Na Instagrama trafia jednak tylko kawa. Ludzie są zbyt opiniujący, żeby tu, teraz czy w ogóle kiedykolwiek spowiadać się przed z moich małych guilty pleasure. Niech im wystarczy obraz mojego tyłka do tego, żeby stwierdzić, że raczej nie żywię się samym powietrzem.

Wypijam kawę. Otwieram laptopa. A potem zamiast pisać, zaczynam po prostu spoglądać na ludzi.

Nagle dociera do mnie jakiś bardzo spokojny męski głos. Słyszę słowa, podczas których wypowiadania ja na pewno nie umiałabym się tak opanować. Mężczyzna jednak recytuje je bez zacinania, rzucając przy okazji idealnie bezosobowymi przekleństwami. Naprawdę dziwię się, że nikt nie ma ochoty mu przerwać.

Aż w końcu odwracam głowę i wszystko zaczyna mieć sens. Uświadamiam sobie, skąd ten spokój w głosie. Przed moimi oczami ukazuje się obraz człowieka wgapionego w swój telefon. Osoby bez pośpiechu czytającej na głos te wszystkie przykre słowa.

Właśnie w tym momencie robi mi się tak po ludzku przykro. Nie mam pojęcia, co się wydarzyło. Nie interesuje mnie, kto zawinił. Jestem tu i teraz. Przypominam sobie jednak, że w poniedziałek to ja znajdowałam w bardzo podobnej sytuacji. Słuchałam. Jak M. słowo po słowie relacjonowała mi rozmowę z kimś, na kim jej bardzo zależało.

A ja nie wiedziałam, c o p o w i e d z i e ć.

W takich momentach zawsze czuję, że stąpam po bardzo grząskim gruncie. Buszuję gdzieś w gąszczu ludzkiej niepewności, boksując się przy okazji z czyimś strachem i bardzo silnymi emocjami. Moja perfekcjonistyczna natura nakazuje mi przekazywać same dobre rady. A ja irytuję się, że nie dość, że nie wiem, co mogłoby być dla kogoś dobre, nie mam pojęcia, co byłoby dla niego najlepsze.

Powoli nabieram śmiałości, żeby zacząć się do tego głośno przyznawać.

Jeszcze jakiś czas temu naprawdę czułam się gotować radzić czy cokolwiek sugerować. Wydawało mi się, że to całkiem logiczne, żeby każdą decyzję dokładnie przekalkulować, a spontanty skrupulatnie planować. Oczekiwałam też, że jeśli tylko spytam – inni bardzo dobrze będą wiedzieli, co mogłabym w danej sytuacji zrobić, a na co nigdy w życiu nie powinnam sobie pozwolić.

Dopiero potem zaczęłam tak naprawdę c z u ć. A chwilę później czuć, że każdy z nas może przecież wszystko. I jak najbardziej, jestem za tym, żeby – jeśli ktoś tylko ma na to ochotę – o swoich planach i wątpliwościach głośno rozmawiać. Jestem nawet w stanie zrozumieć silną potrzebę analizy i wypowiadania what the fuck w oczy przyjaciela w odpowiedzi na czyjeś zachowanie.

Ale absolutnie nie po to, żeby się tym wszystkim sugerować. W tych wszystkich skomplikowanych sytuacjach tak naprawdę najtrudniejszym zawsze jest odkryć, czego się tak naprawdę samemu oczekuje.

Jeśli tylko to poczujemy, powinniśmy zacząć s o b i e samym i generalnie w życiu naprawdę dobrze radzić.