O statusie mojej relacji

Nie chciałabym dokładnie wiedzieć, ile razy rozmawiałam z M. o tym, jak bardzo boję się pisać. Oczywiście, nigdy nie nazywałam tego w ten sposób. Zawsze miałam tylko jakieś opory albo co najwyżej nie byłam czegoś pewna, co tylko potęgowało napięcie, które sobie stopniowo i niewinnie narastało.  

M. doskonale wiedziała, o co mi chodzi. Będąc na bieżąco z moim życiem, naprawdę potrafiła zrozumieć powody, dla których sama siebie ciągle tak intensywnie hamowałam. Status mojej relacji z pisaniem ciągle prezentował się więc następująco: z jednej strony – bardzo chciałam być ze sobą tak zupełnie szczera. Z drugiej – naprawdę mocno powstrzymywałam się przed tym, żeby cokolwiek powiedzieć głośno.

Nie chciałam przecież na blogu krzyczeć o tym, że źle się ze sobą czuję, żeby inni nie pomyśleli czasami, że wpadłam w depresję. Nie chciałam też jednak krzyczeć o tym, jak dobrze się ze sobą czuję, żeby inni nie pomyśleli, że wpadłam w samozachwyt. Nie chciałam marudzić. Chyba głównie dlatego, że podświadomie czułam, że mogę tym kogoś bardzo ucieszyć. Ale paradoksalnie nie chciałam też się głośno cieszyć. Te najpiękniejsze momenty zostawiałam tylko dla siebie.

Aż w końcu coś we mnie pękło. Ten wpis tak naprawdę powstał dokładnie w tym momencie, w którym to się zadziało. Teraz tylko mniej lub bardziej umiejętnie przelewam go na papier.

Ten wpis zrodził właśnie wtedy, kiedy tak zupełnie spontanicznie i szczerze uśmiechnęłam się do siebie, jadąc na rowerze w centrum Warszawy. Ewoluował, kiedy przypadkiem spotkałam starego znajomego w miejscu – co sobie później uświadomiłam – które kiedyś stanowiło jedynie jedno z moich licznych marzeń.

Ten wpis się rozwijał, kiedy pomyślałam o dniu spędzonym w pracy. Pracy, którą nigdy nie podejrzewałabym, że będę wykonywać. Kształtował się też w sklepie, kiedy robiłam zakupy. Ten wpis jest również wynikiem wielu rozmów z kimś, kto stanowi dla mnie olbrzymią inspirację i prawdziwe wsparcie. Kimś, na kogo nie przestaję chcieć czekać.

Najpierw pomyślałam sobie, że to takie szalenie naiwne i głupie, żeby pisać o tym, że czasem mam wrażenie, że gram w jakimś bardzo nudnym filmie, w którym dzieje się tyle dobrych rzeczy, że tak naprawdę nikt nigdy nie miałby ochoty go oglądać.

A potem stwierdziłam, że jeśli mam być ze sobą zupełnie szczera, to mam już dość tych wszystkich nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jeśli właśnie tak smakuje szczęście, to do szczęścia nie potrzebuję już nic więcej.

Poprzedni artykułChcemy
Następny artykułMiałyśmy nigdy się nie rozjechać
PODZIEL SIĘ