Kto i kiedy wmówił nam, że tak wypada, jest fashion i w ogóle trendy?

O procesie rozprzestrzeniania się trendów.

Chyba nigdy nie zapomnę swojego pierwszego seminarium licencjackiego i tego, jak oznajmiłam mojej przyszłej wówczas promotorce i reszcie studentów zgromadzonych w sali, że będę pisać o modzie.

Oczywiście, nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdybym nie zaczęła przy okazji opowiadać wszystkim z powagą w głosie, że bardzo chciałabym zgłębić proces rozprzestrzeniania się trendów i zrozumieć, jak to się dzieje, że najpierw coś nie jest, a potem staje się wyjątkowo modne.

Teraz się z tego śmieję, ale wtedy naprawdę miałam ochotę napisać coś na miarę Anatomii trendu Henrika Vejlgaarda. Nie po to obiecywałam sobie przez całe studia, że temat mojego licencjatu musi mnie w jakiś sposób kręcić, żeby finalnie pozwolić sobie przez kilka miesięcy zajmować się czymś zupełnie oczywistym lub nudnym.

Temat upowszechniania się nowych tendencji w modzie wydawał mi się wtedy niesamowicie fascynujący. Zresztą nadal takim pozostaje. Pewnie dlatego, że jest tak szalenie nieoczywisty i skomplikowany.

Przy obecnej szerokiej ofercie rynkowej i produkcji prowadzonej na masową skalę, modę bardzo trudno jest przewidzieć. Oczywiście, w teorii każda nowość ma potencjał i mniejsze lub większe predyspozycje do zdobycia popularności, jednak naprawdę niełatwo jest określić moment, w którym dany produkt zyska (jeśli w ogóle) miano modnego.

Dzisiaj w pracy, już na spokojnie, po obronie licencjatu, znowu zaczęłam się nad tym wszystkim poważanie zastanawiać. Złapałam się na tym, jak szczerze zachwycam się klapkami (w stylu tych basenowych), w których E. przyszła rano do biura. Chwilę później prowadziłam już jednak w głowie poważne śledztwo. Za wszelką cenę chciałam dociec, kto i kiedy wmówił nam, że to nie tylko wypada, ale że tak jest też fashion i w ogóle trendy.