Dzielę ludzi na dwie grupy, czyli o sekrecie udanych związków

Jakiś czas temu zauważyłam, że podświadomie dzielę ludzi na dwie grupy. Do pierwszej z nich trafiają te osoby, z którymi już teraz, zaraz mogłabym wyjechać na kilkutygodniowe wakacje. Z kolei w drugiej grupie lądują wszyscy ci, dla których zawsze rezerwuję sobie co najwyżej kilka godzin. A potem podczas spotkania zazwyczaj bardzo się śpieszę.

W ten sam sposób definiuję udane imprezy i nudne spotkania. Jeśli dobrze się gdzieś bawię, nigdy nie chce mi się stamtąd wracać. Jeśli źle, po powrocie do domu bardzo doceniam fakt, że mieszkam sama.

Wiesz co. Zaczęłam sobie ostatnio to wszystko na spokojnie analizować, a nawet doszukiwać się w tym podziale sekretu udanych związków. I nie, nie miałam tamtego wieczoru na myśli relacji typowo damsko-męskich (albo damsko-damskich, męsko-męskich – jak kto woli). Rozważałam wówczas wszystkie powiązania, sprzężenia i współzależności, które występują pomiędzy ludźmi.

Pomyślałam sobie wtedy, że w gruncie rzeczy cudownymi przyjaciółmi, kochankami i partnerami stają się zawsze właśnie te osoby, które – w pozytywnym tych słów wymiarze – kompletnie nie przeszkadzają nam swoją obecnością.

A potem wyszłam o krok dalej. I uznałam, że najlepszymi pozostają tylko ci, których nieobecność szalenie nam przeszkadza.