Krótka historia o odpuszczaniu

Czuję, że powoli wygrywam. Że w końcu zaczęłam sobie zmierzać swoim własnym tempem w jakimś bardzo dobrym kierunku. Mówiąc szczerze, czasem nawet udaje mi się czerpać z tych moich miniprogresów pewnego rodzaju satysfakcję. Wiesz, jaką to już samo w sobie daje radość?

Uczę się cieszyć. Jeszcze jakiś czas temu po prostu ślepo biegłam, ścigając się nie tylko ze sobą, ale ze wszystkimi dookoła. Chciałam konkretnie zaimponować światu i pokazać, że kto jak kto, ale ja to wszystko nie tylko potrafię, ale też absolutnie doskonale zrobię.

Miałam ochotę ćwiczyć więcej od Chodakowskiej, tańczyć lepiej od Shakiry, najlepiej przy okazji wyglądając atrakcyjniej niż Rihanna. Nie stało się. Bywa. W miejscu mojego perfekcyjnego brzucha pojawiła się za to Frustracja. Na szczęście nie zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Swego czasu naprawdę intensywnie walczyłam. O więcej. O lepiej. O mocniej. O bosh. Chciałam dużo za dużo. Chwilę później marzyłam już jednak tylko o tym, żeby tego wszystkiego nauczyć się nie chcieć.

I powoli zaczęłam przyglądać się swoim własnym reakcjom, stopniowo dopasowując do nich zindywidualizowany plan działania. Spróbowałam w końcu obniżyć jakąś wyimaginowaną poprzeczkę, która nie wiadomo kiedy przeniosła się ciut za wysoko. W końcu pozwoliłam jej, żeby chociaż na jakiś czas trochę spadła.

Zacznę wygrywać z innymi, jak tylko wygram z samą sobą, stwierdziłam.