Nie jestem pępkiem świata (i ty raczej też nie)

Jakiś czas temu mocno wzbraniałam się przed pisaniem. Jeszcze wtedy naiwnie wierzyłam w to, że jestem w jakiś tam sposób ważna. Mówiąc szczerze, wcale nie nakręcało mnie to pozytywnie do działania. Wręcz przeciwnie, nawet jeśli ostatecznie zdarzyło mi się coś wystukać na klawiaturze, bałam się to pokazywać światu.

Miałam wówczas wrażenie, że po każdym szczerym tekście znajomi zaczną publicznie ingerować w moje problemy i doszukiwać się drugiego dna w tych bardziej zaszyfrowanych zdaniach. To właśnie wtedy stworzyłam w swojej głowie te wszystkie perfekcyjnie uformowane blokady.

Chyba każdy z nas na jakimś etapie życia staje się takim mistrzem budowania własnych granic. Rekordzistą zupełnie niepotrzebnego ograniczania się na wielu przeróżnych płaszczyznach. Wszyscy w końcu zaczynamy być królami chowającymi się za kompleksami, które zazwyczaj nie obchodzą nikogo oprócz nas samych.

Pamiętam, jak ostatnio M. poprosiła mnie o to, żebym zrobiła jej parę zdjęć. Żaden ze mnie fotograf, ale mimo wszystko tamtego popołudnia za aparatem czułam się w miarę pewnie. Po pierwsze – wiedziałam, czego M. ode mnie oczekuje. Po drugie – miałam świadomość tego, co jej w sobie przeszkadza. Kiedy pozowała, tylko utwierdzała mnie w swoich kompleksach.

A ja pomyślałam sobie, że nie mam żadnego problemu z jej problemami. Najbardziej denerwowało mnie tylko i wyłącznie to, że ją coś w sobie tak mocno potrafi ograniczać. W końcu zaczęłam mówić. Że wiesz co. Mam gdzieś, że nie podoba ci się w tobie to czy tamto. Dopóki mnie to nie dotyka, możesz się z tym codziennie męczyć. Dla mnie wyglądasz super. Masz prawo się peszyć i spinać, ale wybacz. Ja dalej będę głównie focusować się na swoich własnych kompleksach.

Bo to tak jest. Zauważyłam, że nawet jak tak szczerze rozmawiamy, to w większości przypadków nie współczujemy sobie tego, z czym mamy największy problem, tylko poczucia, które w nas to wywołuje. A ostatecznie wieczorem w domu i tak zostajemy z własnymi słabościami, które totalnie przykrywają lęki i (wyimaginowane lub nie) wady wszystkich innych osób.

Wiecie, kiedy zaczęłam się otwierać na pisanie? Kiedy zrozumiałam, że wszystkie moje emocje i tak przekładane są przez Was, drogich Czytelników, na swoje własne doświadczenia. Że nikt po przeczytaniu tego, co tutaj opublikuję, raczej nie będzie się zastanawiał, co przeżywam lub co mnie aktualnie trapi, tylko prędzej spróbuje zyskać odpowiedzi na postawione przez siebie samego pytania.

W tamtym tygodniu spotkałyśmy się z A. W pewnym momencie rozmowy przyznała, że coraz więcej moich tekstów pojawia się na jej facebookowym wallu. Że nagłówki takie mocne i tytuły bardziej odważne. Ucieszyłam się, że widać zmianę. A potem na chwilę znowu zamarłam. Bo tak, mam świadomość, że jeśli ktoś mnie zna, to może wyczytać z tego wszystkiego, co tutaj się pojawia zdecydowanie więcej. Po chwili A. przyznała, że tekstów jednak ze względu na brak czasu nie czyta…

Wszystkie takie małe rzeczy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że każdy z nas jest centrum tylko i wyłącznie swojego świata. I jeśli mam być szczera, a taka zazwyczaj jestem, to mogę śmiało przyznać, że mam już dość obserwowania ludzi (w tym nierzadko siebie), którzy perfekcyjnie tworzą swoje własne ograniczenia, bo ten czy tamta. Którzy wmawiają sobie, że są zbyt słabi, a świat zamiast ich akceptować, tylko ciągle patrzy w to miejsce, które stanowi ich największy kompleks. Proszę, zastanówmy się najpierw, z jakimi emocjami to my na nie spoglądamy.

I niech nam się nie wydaje, że tak bardzo obchodzimy innych ludzi, kiedy to oni sami siebie obchodzą najbardziej.

***

Przy okazji odsyłam Wam do wpisu, w którym Riennahera również przekonuje każdego z nas, że nie jest miarą wszechrzeczy. Że nie jest światłością światła i centrum wszechświata. Że wszyscy ludzie nie istnieją tylko po to, żeby leczyć lub karmić nasze kompleksy i myśleć jakoś specjalnie głęboko o pozycji, którą zajmujemy w ich świecie.

Nie mogłam o nim tutaj nie wspomnieć. Dawno nic tak idealnie nie podsumowało moich rozkmin.