Oczekiwania kontra rzeczywistość

Siadam przed pustą kartką pełna nadziei, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut pojawi się na niej jakiś nie najgorszy tekst. Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będę pisać. Przynajmniej trzy felietony w tygodniu, w najlepszym wypadku dwadzieścia miesięcznie.

Już nie raz słyszałam od wielu słynnych pisarzy o tym, że wena nie istnieje, w związku czym udało mi się nawet uwierzyć własnemu zobowiązaniu i przekonać samą siebie, że wszystko jest tylko kwestią dobrej organizacji.

Od jakiegoś czasu za wszelką cenę próbuję więc dotrzymać danego sobie słowa i planować kolejne tygodnie w taki sposób, żeby codziennie znaleźć chociaż chwilę na to, aby w jakimś dogodnym miejscu móc spokojnie przelać na papier słowa, które siedzą w mojej głowie.

Obietnice składane samemu sobie są jednak z natury dużo mniej niebezpieczne. Jasne, jak każde inne silnie wpływają na nasze wyobrażenia dotyczące nachodzącej przyszłości, ale jednocześnie raczej nigdy nie prowadzą do poważnych rozczarowań. Wiedza, że czegoś możemy nie dopełnić, umożliwia nam natychmiastową reakcję i jak najlepsze przygotowanie do ewentualnego niezadowolenia spowodowanego konfrontacją oczekiwań z rzeczywistością.

Z deklaracjami wypowiadanymi przez innych już tak łatwo nie jest. Te niemalże każdorazowo budują prawdziwe nadzieje. Trudno się nie nastawiać. Niby mówi się, że winę za rozczarowania ponosi głównie nasza fantazja, ale będę upierała się przy stwierdzeniu, że żeby nie marzyć, trzeba byłoby też kompletnie nie czuć.

Kiedyś wydawało mi się, że może nie byłaby to wcale jakaś najgłupsza opcja. Myślałam sobie naiwnie, że w sumie to chyba przydałby mi się taki pstryczek, którego kliknięcie pozwoliłoby zdystansować się wobec tych wszystkich zapewnień składanych przez innych ludzi.

Tylko że – żachnęłam się po chwili – co w takim razie wtedy pozwoliłoby mi uświadomić sobie, czego tak naprawdę pragnę, jeśli nie mniej lub bardziej świadome oczekiwania?