Piszę do niego, że tęsknię

piszę do niego, że tęsknię. że nie lubię spędzać weekendów osobno, kiedy oboje nie mamy, co robić. to znaczy wiadomo, zawsze jest co robić. pranie, naczynia, kurze można byłoby zetrzeć, poćwiczyć z nadzieją, że kiedyś to wszystko przyniesie w końcu jakieś sensowne rezultaty. na pewno nie tak szybko jak wyrzucenie śmieci, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo.

no więc tak siedzę i wysyłam mu te wszystkie wiadomości z i miss you w roli głównej, przy okazji przekonując, że easy, że raczej nie będę dzisiaj płakać, chociaż w zasadzie to nigdy nie wiadomo. ciągle staram się jednak trzymać wersji, że jestem strong girl, a potem niekontrolowanie pytam where are you i dlaczego nie here.

wypowiedź kończę wielokropkiem, na który on reaguje telefonem. hi, hello i od razu przechodzimy do konkretów. facetime video. pokaż mi, że nie płaczesz. no to pokazuję mu swoje łzy (bo co mogę pokazać), a on z odległości tysiąca kilometrów natychmiast próbuje je jakoś zatrzymać.

jak zwykle zaczyna proponować mi różne rozwiązania i w końcu dochodzimy do tego, że powinnam turn on the music. doskonale wie, jak na nią reaguje. no to słucham jego sugestii (bo co mogę innego teraz robić), odkładam telefon i od razu włączam na spotify przypadkową playlistę.

na której pierwszą piosenką jest where is the love (definitely za daleko). szybko przełączam więc na następną, żeby usłyszeć, że… she will be loved (jeszcze trochę). chwilę później odkrywam, że w kolejce czeka the man who can’t be moved. i mówiąc szczerze, w tym momencie zaczynam się trochę bać, na co wchodzi avril lavigne ze swoim krzyczącym complicated.

myślę sobie, że to chyba jakieś żarty i w tym samym momencie włącza się love story, a zaraz po nim fergie zaczyna przekonywać mnie, że big girls don’t cry.

no to piszę do niego, że muzyka chyba pomogła, że już nie płaczę.