Poranki da się lubić (o ile się nie zaśpi)

Pierwszy budzik zawsze sygnalizuje mi, że powoli powinnam zacząć otwierać oczy. Drugi sugeruje, że może warto byłoby rozważyć opcję wyjścia z łóżka. Kiedy ta irytująca melodia zaczyna dudnić w moich uszach po raz trzeci, to znak, że nie ma już szansy na kolejną drzemkę.

Startuje nowy dzień, kolejny uporządkowany łańcuch zdarzeń. A w moim życiu zaczynają po kolei pojawiać się wiadomości, szklanka wody, potem kawa, mleko i – w telewizji mówili że bezglutenowe – płatki.

W końcu w pełni wyposażona zasiadam do laptopa. Czuję, że poranki są moje. To właśnie wtedy niezepsuta dniem, zapisuję luźne myśli i planuję wieczorną naukę języka.

Rano chce mi się wierzyć w to,

że

wieczorem
znajdę
chwilę,

żeby pokręcić hula-hopem.