W którym momencie zaczynamy wciągać brzuchy?

Wracam z pracy. Stoję w autobusie. Szminka już prawie zjedzona, włosy zmęczone dniem, a oczy podpuchnięte jeszcze po nocy. Niekontrolowanie przechylam ciężar ciała z lewej nogi na prawą i balansując w rytm ruchów kierowcy, spoglądam na ludzi.

Analizuję współpasażerów. Próbuję rozgryźć, o czym teraz myślą i co nimi kierowało gdy rano dobierali swoje stylizacje. Tak bardzo chciałabym zgadnąć, jak im idzie w życie.

W pewnym momencie mój wzrok zatrzymuje się na pewnej uśmiechniętej dziewczynce, która po raz kolejny pyta o coś swoją ciocię. W końcu z oddali dochodzi do mnie piskliwe Czemu? Czemu nie ma dżemu? No czemu? wypowiadane tonem niewątpliwie wskazującym na to, że zadawane pytania bawią ich autorkę najbardziej na świecie. Kierowca niespodziewanie hamuje. Zagryzam dolną wargę i podchodzę nieco bliżej.

Z tej perspektywy już lepiej widzę, jak starsza siostra dziewczynki pretensjonalnym głosem odpowiada, że dżem się skończył, po czym niezadowolona odwraca głowę w drugą stronę. Wyżej wspomniana ciocia nie odzywa ani nie uśmiecha się wcale. Gdyby stanowiła metaforę roztworu chemicznego, z pewnością byłaby zupełnie obojętna.

Szczerze, nie mam pojęcia, ile każda z nich ma lat. Nie wiem, gdzie jadą ani o jaki dżem w gruncie rzeczy chodzi. Przed moimi oczami występuje uśmiechnięte dziecko, przewracająca oczami zbuntowana nastolatka i smutna dorosła kobieta.

I wiesz co. W którymś momencie zaczynam chyba patrzeć na nie jako na pewną całość. W mojej głowie zarysowuje się dość wyraźny obraz trzech pokoleń, ciągnący za sobą wiele pytań i dużo mniej odpowiedzi.

Łapię się na tym, jak rozkminiam, co nas tak bardzo zmienia. Zastanawiam się, w którym momencie zaczynamy wciągać brzuchy, kontrolować uśmiechy i analizować spojrzenia. Co sprawia, że wartościujemy wszystkie fałdki, przestajemy głośno śpiewać i że nagle tak bardzo boimy się ufać?

Pytająco spoglądam na resztę pasażerów, po czym wysiadam z autobusu. Wracam do domu. A potem staję przed lustrem i zamiast oceniać to, co w nim widzę, próbuję na nowo zachwycić się tym, że na drzwiach od szafy po prostu jakimś cudem zobaczyłam siebie. W końcu siadam przed telewizorem, dzwonię do koleżanki i bez tłumaczenia mówię, że generalnie powinnyśmy się wszystkim dużo bardziej cieszyć. W odpowiedzi dochodzi do mnie mało zaskakujące pytanie: Ale czemu?

Bo nie ma dżemu! – wykrzykuję ze śmiechem. I myślę sobie, że jeżeli odkrywanie w sobie tego wewnętrznego dzieciaka może być kwestią wyboru, to ja właśnie podjęłam jedną bardzo ważną decyzję.