Wtedy postanowiłam sobie, kim chcę być

To właśnie wtedy pierwszy raz tak naprawdę postanowiłam sobie, kim chcę być, jak dorosnę. To w tamtym momencie stworzyłam jasną i przejrzystą wizję tego, jak powinno wyglądać moje życie. Męczyłam nią potem przez kolejne lata siebie, znajomych i członków mojej rodziny. Wszystkich razem i każdego z osobna przekonywałam, że nie przyjmuję innej opcji niż ta, że moje plany/marzenia wkrótce się zrealizują/spełnią.

Właśnie siedzę pod Pałacem Kultury i Nauki i z łezką w oku wystukuję te słowa na klawiaturze. Dokładnie 4 lata byłam w tym samym miejscu po raz pierwszy. Pamiętam, jak prosiłam wtedy mamę, żeby zrobiła mi zdjęcie. Chwilę później nieśmiało zapytałam, czy myśli, że mogłabym tutaj kiedyś zamieszkać.

Teraz zdjęcia robię sama. Spoglądając na ludzi, fotografuję bananowe smoothie i w myślach uśmiecham się do moich dawnych marzeń.

Wiesz, to nie jest historia o tym, że nagle wszystko się zmieniło, a ja w mgnieniu oka zostałam najlepszą wersją siebie. To najzwyklejsza w świecie opowieść o tym, że jak się czegoś chce, to czasem po prostu można. Tak naprawdę podobna sytuacja dotyka przecież miliony ludzi.

Pytanie: ilu z nich dostrzega ten moment, w którym sen zaczyna się spełniać?

Mówiąc szczerze, przez pewien czas miałam spory problem z moimi marzeniami. Zauważyłam wówczas, że dojście do punktu, który czyni mnie naprawdę szczęśliwą, zajmuje dosyć sporo czasu. Właśnie wtedy pomyślałam sobie, ze wypadałoby w końcu konkretnie przedefiniować wyznaczone przez siebie cele.

Zaczęłam od pogodzenia się z tym, że podczas gdy w marzeniach wszystko wygląda z natury idealnie, w życiu na dłuższą metę tak się po prostu nie wydarza.

I nagle okazało się, że tak naprawdę bardzo wiele marzeń już mi się spełniło. Potrzebowałam tylko czasu do tego, żeby za spełnione po prostu je uznać.