Miłość w trybie samolotowym

Nie jestem wielką fanką rozmawiania o związkach. To znaczy o związkach jako takich jak najbardziej. Nie mam jednak jakiejś wewnętrznej potrzeby omawiania z kimkolwiek tego, co się konkretnie u mnie (czy kogokolwiek) wydarza. Wyznaję przekonanie, że to co dzieje się pomiędzy dwojgiem ludzi, są w stanie ogarnąć – choć czasami niekoniecznie – tylko i wyłącznie oni sami.

Wszelkie próby opisania komukolwiek danej relacji, zawsze pozostaną dla mnie tylko i wyłącznie jakąś przefiltrowaną refleksją, wyrwanym z kontekstu fragmentem olbrzymiej całości. Tak to już jest, że większość z nas mówi głównie to, co chce powiedzieć, słysząc przy okazji jedynie te rzeczy, które ma ochotę usłyszeć.

Nie dziwię się temu i nie zaprzeczam. Życia nie oszukasz – mówili. Nie próbuję też więc oszukiwać samej siebie. Kiedy wydaje mi się, że jest dobrze, śmieję się od ucha do ucha. Kiedy z kolei mam wrażenie, że coś poszło nie tak, po prostu chowam głowę pod poduszkę i płaczę. Wyrażenia “wydaje mi się” i “mam wrażenie” odgrywają w tym momencie kluczowe znaczenie. Mam doskonałą świadomość tego, że jestem jedynie olbrzymim zbiorem reakcji. Nic nie jest jakieś, dopóki ja sama tego jakoś nie zakwalifikuję.

Wsiadam do samolotu. Za chwilę przez malutkie okienko znajdujące się po mojej lewej stronie, będę obserwować już tylko chmury. Kilkanaście minut później powoli zaczynamy unosić się w powietrzu, a mnie znowu łapie to niesamowite uczucie pt. jestem tylko tu i teraz / lecę. I czuję się wtedy tak, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Mam wrażenie, że gram w jakimś bardzo romantycznym filmie. Gatunek: dramat psychologiczny. Reżyseria: Życie.

Ze spokojem w oczach i muzyką w uszach spoglądam na innych pasażerów. Jedni się śmieją, czytają, inni panikują i płaczą. A ja próbuję zrozumieć jak to jest, że będąc dokładnie w tym samym samolocie, na to fascynujące wydarzenie, reagujemy jak zwykle tak bardzo inaczej.

Nie spadając z nieba, myślami schodzę powoli na ziemię. I odkrywam w tym wszystkim niesamowitą metaforę tego, co się wydarza, kiedy tak zupełnie bez powodu zaczynasz wmawiać sobie jakieś strasznie głupie rzeczy. Wiesz. Bo to jest tak, że zawsze coś się trzęsie. Że jeśli idziecie w jakimkolwiek kierunku, to nigdy nie będzie tak, jakbyście stali w tym samym miejscu, w którym znajdowaliście się dokładnie miesiąc temu.

Drobne wibracje naprawdę nie muszą oznaczać poważnych turbulencji. Oczywiście, jeśli tylko będziesz mieć na to ochotę, za ich przyczyną zdołasz nawet poczuć prawdziwe zagrożenie. Pamiętaj jednak, że będą to tylko i wyłącznie twoje indywidualne reakcje.

Już jesteśmy bardzo wysoko. A ja zaczynam czuć, że naprawdę chcę pulsować. Chcę się przechylać i od nowa wznosić. Byle tylko będąc razem, nie przechodzić w tryb samolotowy, w którym niby wszystko sprawnie działa, ale już nie do końca.