Nie ufam fryzjerom

Nie ufam fryzjerom. Co prawda, lubię słuchać ich rad, testować polecane produkty, ale poddawanie się ich zabiegom – szczególnie w zakresie strzyżenia i koloryzacji – uważam za akt największej odwagi. Brak kontroli nad tym, co mogłoby zadziać się na mojej głowie, już na samą myśl, wywołuje u mnie pewnego rodzaju poddenerwowanie.

Mówiąc szczerze, mój kontakt z fryzjerami obecnie ogranicza się głównie do obserwacji. Za każdym razem, kiedy czekam na wizytę u kosmetyczki, z daleka przyglądam się ich pracy pełna nadziei na to, że kiedyś uwierzę w to, co robią i zdecyduję się na to, żeby w przyszłości któryś ze specjalistów odpowiednio zajął się moimi włosami.

Dzisiaj po raz kolejny wykorzystuję więc daną mi szansę nabycia darmowej wiedzy. Kiedy recepcjonistka salonu urody mówi, że na regulację brwi muszę jeszcze chwilę zaczekać, siadam na kanapie i przyglądam się przeprowadzanym na ludzkich głowach zabiegom. A przy okazji dowiaduje się różnych ciekawych rzeczy.

Przysłuchuję się na przykład rozmowie, podczas której jeden z fryzjerów tłumaczy klientce, że istnieją dwa rodzaje objętości. Jedną widzimy – drugą czujemy. Cieniując włosy, zyskujemy objętość, którą z łatwością można zauważyć, tracąc jednak przy okazji tę wyczuwaną pod palcami.

Kobieta na fotelu przez kilka sekund z zastanowieniem spogląda na swoje odbicie w lustrze, a nastepnie bez cienia watpliwosci decyduje się na strzyżenie. Wygląd jest ważny – stwierdza. Kwestia gustu – słyszę dochodzący z oddali komentarz fryzjera.

No właśnie, myślę sobie. Toż to samo życie, idealna metafora dzisiejszego świata. Co innego czujemy, co innego widzimy, a jeszcze czego innego byśmy chcieli. Z jednej strony ciągle na forum podkreślamy, jak bardzo zależy nam na tym, żeby samemu ze sobą czuć się dobrze, z drugiej nieustannie tocząc walkę o powtarzające się regularnie komplementy.

Jeśli chodzi o włosy – paradoks polega na tym, że to co czujemy, potrafi być odwrotnie proporcjonalne do tego, co zobaczą inni, jednak w większości przypadków to, co widać na zewnątrz, jest po prostu wynikiem ciężkiej pracy w środku. Nigdy na odwrót.

Byłabym szalenie nieautentyczna, gdym stwierdziła teraz, że wygląd nie jest ważny. Jasne, obecnie odgrywa naprawdę dużą rolę, ale nic tak nie potrafi osłabić jego siły jak brak tego specyficznego wewnętrznego piękna w (o)sobie.

I nieważne, jak kiczowato czy górnolotnie to teraz nie zabrzmi, ja mimo wszystko nadal chcę wierzyć w to, co jakie 10 lat temu po raz pierwszy usłyszałam od Małego Księcia. Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.