Umiem płakać na każdy temat

Umiem płakać na każdy temat. Jestem w stanie rozpaczać, bo może zaraz się rozstaniemy. Równie dobrze potrafię lamentować tylko dlatego, że przypuszczalnie już nigdy nie będę z nikim innym. Nie musi się nic dziać. Nie potrzebuję żadnych znaków. Za każdym razem wszystko jest tylko tym, o czym podświadomie chcę pomyśleć.

Problem w tym, że ja umiem zobaczyć wszystko. W każdym kontekście. Nie mam problemu z tym, żeby zachwycać się czymś potencjalnie okropnym, jeśli tylko ta brzydota w jakimś sensie mnie kręci. Z podobną łatwością narzekam na wszystko to, co piękne. Wystarczy, żeby było chociaż odrobinę szpetne.

Duże sukcesy opisuję jako błahostki, a nad małymi porażkami nieustannie rozpaczam. Nierzadko utrata pięciu tysięcy gramów staje się niczym przy tragedii przybrania jednego kilograma.

Ale uwaga. Jeśli tylko chcę, jestem w stanie uargumentować wszystko. I przyznać otwarcie, że moje myślenie było strasznie głupie. Umiem też być szczęśliwa i niesamowicie z siebie dumna. Czasami jestem nawet w stanie uwierzyć, że co ma być, to będzie…

W tej całej bitwie o nastawienie kierunki wyznaczają tylko i wyłącznie moje myśli. Jeśli zmierzają w złą stronę, staram się im jakoś pomóc. Tylko że w gruncie rzeczy nigdy nigdy nie wiem, która orientacja jest tą dobrą. Gubię się w labiryncie stanowisk, walczę o prawdziwy punkt widzenia. Wiem, że nie wiem, w jaki sposób powinnam myśleć. Choć doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że czasami powinnam przestać w ogóle.

Słyszałam gdzieś kiedyś, że to bardzo zdrowe. Tylko że później poszłam myślami w inną stronę.

Zwątpiłam.