O tym, że jest mi źle, zaczynam mówić dopiero, jak robi się najgorzej. Nie lubię się publicznie denerwować. Wmawiam sobie, że każde negatywne uczucie jest przecież w jakimś sensie przejściowe. Nie widzę powodów, dla których miałabym z którymkolwiek z nich wychodzić na ulicę.

Dopiero, jak orientuję się, że coś trwa za długo, to wybucham. Nie akceptuję smutku, który nie prowadzi mnie w dobrą stronę. Nieustannie potrzebuję gwarancji na to, że to, co robię tu i teraz, przyniesie wkrótce pozytywne rezultaty.

Czasami moje łzy wybiegają za bardzo do przodu. Bo boję się, że gdzieś kiedyś może nie być idealnie. Martwię się. Wiem, że bez sensu. Nie mam jednak pewności, czy aby na pewno nie bezpodstawnie. Na ogół nie panikuję, kiedy jest źle. Płaczę dopiero wtedy, jak robi się najgorzej.

Bo tutaj jest jak jest

Na zajęciach z coachingu dowiaduję się sama o sobie, że najbardziej demotywuje mnie stwierdzenie, że się czegoś nie da. Nie radzę sobie ze świadomością, że pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie zmienić. Chcę jak najrzadziej słyszeć, że tutaj jest, jak jest. Po prostu.

Niektórzy mówią, że za dużo myślę. Że niepotrzebnie analizuję. Że przecież trzeba się cieszyć tym, co jest. Carpe diem, YOLO i nie memento mori. I ja tak chcę. Staram się zawsze, kiedy jest dobrze nie jest źle. Przestaję tylko wtedy, kiedy robi się najgorzej.

Pytam

I jak każdy, od czasu do czasu tkwię sobie w tych słabych momentach. Przekonuję sama siebie, że aż tak źle jeszcze nie jest. Tylko, że prędzęj czy później, jeśli nic się nie zmienia, to zawsze dobija mnie brak stuprocentowej satysfakcji.

I to wtedy właśnie zazwyczaj wybucham. Płaczę. Analizuję. Pytam. A potem po raz kolejny zbieram się w sobie. I od nowa zaczynam walczyć o swoje.