My na siebie nie patrzymy, my się obczajamy. My się nie bijemy. My się bijemy z myślami. My się zastanawiamy. A potem udajemy, że się nie zastanawiamy. My się analizujemy. Kalkulujemy, liczymy. My się dzielimy. Bardziej sobą niż z czyimś zdaniem.

My się dodajemy.

A kiedy dochodzimy do złego wyniku, szybko się odejmujemy. My odliczamy. Czas do odpowiedzi. Interpretujemy momenty.  Przetwarzamy godziny. Nalegamy na czyjąś uwagę. A potem gardzimy spojrzeniami. Ubieramy czapki, zakładamy okulary.

Tworzymy swoje wizerunki, kreujemy opinie. Przedstawiamy życiowe dramaty, histeryzujemy. Nam jest gorąco i zimno. W tym samym momencie. My kochamy mocno. Siebie najbardziej. My się poznajemy. My się nie przyznajemy. My ironizujemy, krytykujemy. Cynicznie żartujemy. My stoimy. Ale jak już siadamy, to nie siadamy tak po prostu. My się sytuujemy.

My konsumu-jemy.

Ostentacyjnie przeżuwamy. I bardzo przeżywamy to, co przeż-u/y-wamy. My ćwiczymy. Wolę, żeby była silna. Brzuchy, żeby były płaskie. Ludzi, żeby bali się nas krzywdzić. My chcemy więcej. My się staramy. A chwilę potem staramy się już tylko nie czuć. My podnosimy do góry głowy. Jak fotoreporterzy biegamy za sobą z aparatami. My się publikujemy, udostępniamy.

My się oceniamy.

Siebie nie rozumiemy. Słyszymy, co słyszymy. Czasem widzimy to, czego nie widzimy. My sobie nie ufamy. My niewinnie rywalizujemy, do siebie się cały czas uśmiechamy. My nawet od czasu do czasu szczerze hejtujemy to pokręcone wszystko.

A potem biegiem wracamy do gry.

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości*

*Małgorzata Hillar, My z drugiej połowy XX wieku