Szczerze mówiąc, nie przepadam za sprzątaniem. To, że nieustannie coś porządkuję, wynika raczej z tego, jak często robię bałagan, a nie z moich wewnętrznych upodobań. Mimo wszystko dwa razy do roku postanawiam porządnie zebrać się w sobie i przeprowadzić gruntowne porządki.

Są takie momenty, które po prostu zmuszają mnie do tego, żeby przejrzeć zawartość moich szaf. Ich ograniczone pojemności (albo raczej moja ograniczona zdolność do powstrzymywania się przed kolejnymi zakupami) wymagają ode mnie porządnego przeorganizowania zawartości mojej garderoby. Dzieje się to zazwyczaj w okolicach marca (kiedy już powoli robi się dosyć ciepło, a ja stwierdzam, że nie mam się w co ubrać) oraz listopada (kiedy z kolei zaczyna doskwierać wyraźne zimno, a kurtki coraz głośniej wołają do mnie z głębokiego dna łóżka z prośbą, żeby je wypuścić – no wiecie, takiego łóżka z podnoszonym materacem, pod którym znajduje się wszystko to, co nie znalazło dla siebie miejsca gdzie indziej).

Przykry obowiązek vs. ciekawe doświadcznie

To właśnie wtedy, kiedy zaczynam czuć, że z każdym porankiem mam coraz większy problem z wybraniem czegoś sensownego, co mogłabym na siebie włożyć, zbiera mi się olbrzymia chęć nie tylko na kolejne zakupy (as always), ale również na wyrzucenie z szaf wszystkiego tego, co kiedyś w nich poupychałam. W końcu następuje ten czas, żeby zdecydować, co może mi się przydać w nadchodzącym sezonie.

Kiedyś tego typu porządki, były dla mnie jedynie przykrym obowiązkiem: wiosną – procesem upychania grubych swetrów w wielkich pojemnikach (tak, tych samych, które potem wkładam pod moje magiczne łożko), zimą – żmudną sekwencją działań, która uzmysłowiała mi, że lato na pewien czas musi odejść. W tym sezonie było jednak jakoś tak lepiej. Gdyby nie kilka smutnych myśli nieustannie krążących po mojej głowie, uznałbym je za naprawdę ciekawe doświadczenie.

Lista myśli krążących po mojej głowie podczas ostatnich porządków:
1) kto to wszystko przyniósł do domu?
2) kiedy? jak mogłam tego nie zauważyć?
3) kto za to wszystko zapłacił?!

Stare nowości

Tak więc oprócz uświadamiania sobie, na jakie wakacje byłoby mnie teraz stać, gdybym nie zdecydowała się na zakup kolejnej bluzki, siódmej pary czarnych spodni czy pięćdziesiątych jeansów w tym samym kolorze, które i tak nie leżą tak, jak bym chciała (na mnie, nie w szafie), miałam chwilami naprawdę niezłą frajdę z odkrywania zupełnie nowych rzeczy (czyt. starych, które któregoś dnia zostały spisane na straty, ale wydawały mi się jednak wówczas zbyt fajne na to, żeby na dobre się z nimi rozstać).

Miałam ochotę co pięć minut się przebierać i przeskakiwać przez te wszystkie sterty ubrań, żeby tylko ocenić w lustrze efekt nowych stylizacji. Znalazłam nawet taką fajną katanę, która kiedyś widocznie musiała wydawać mi się dosyć beznadziejna. Totalnie nie mogłam przypomnieć sobie, co zdecydowało, że w którymś momencie znalazła się gdzieś na dnie szafy. Bardzo ucieszyłam się, że znowu będę ją nosić.

Znowu razem?

A potem szybko ją ubrałam, przez chwilę nawet sposobałam się sobie w jej towarzystwie. Na pierwszy rzut oka pasowała idealnie – podobnie wyobrażałam sobię te, której właśnie szukałam podczas zakupów w sieciówkach. Katana na kilka tygodni trafiła nawet do mojej szafy, kilka razy ją ubrałam, żeby za chwilę od nowa zacząć dostrzegać jej wady. Szybko zrozumiałam, czemu kiedyś ją schowałam.

I pomyślałam sobie wtedy, że przecież gdyby była naprawdę super, nigdy nie zdecydowałabym się jej nie chcieć.