Szczęście od zawsze kojarzyło mi się ze stanem, w którym się bywa. To takie mentalne leżenie na plaży w Sopocie i świadomość, że nic cię nie trzyma. I że nie ma niczego, co byłoby cię w stanie zabrać myślami gdzieś bardzo daleko i tak wewnętrznie powolutku ściskać. 

To właśnie za takie momenty uwielbiam wiosnę. Za siedzenie nad Wisłą i rozmawianie o niczym, za poranne bieganie po parku i wieczorne picie piwa. No i bez wątpienia za te wszystkie rozmowy. O tym, jak to jest ciepło i że w końcu do późna jasno.

Co prawda, dzięki tym małym rzeczom na ogół nie znikają problemy, ale przynajmniej część z nich choć na chwilę zmniejsza swoją – uzyskaną w sezonie jesień/zima – rangę. Wiosną w sidła łapiemy dystans.

Spokojnie, nie trzeba

I ja też dzisiaj, siadając pierwszy raz w tym sezonie na świeżo posprzątanym balkonie, tak trochę myślę o niczym. Jednocześnie czując jednak mimo woli jakąś wewnętrzną potrzebę przekonania Was do różnych strasznie głębokich myśli.

Zaraz usiądę przed komputerem i zacznę pisać. Pomyślę sobie, że dzisiaj ma być o szczęściu i o tym, dlaczego to właśnie te małe nieszczęścia najbardziej nas przygniatają. Będę chciała przekonać Was (i samą siebie) do tego, że spokojnie. Że nie trzeba.

Przeszłość to dawno i nieprawda

Gdzieś podświadomie zaplanuję nawet przyznać się przed Wami do tego, jak wiele razy martwiłam się czymś, co w konsekwencji nigdy się nie zadziało. Będę chciała też napisać w którymś akapicie, że to co jest tu, to jest teraz. Że przeszłość to dawno i nieprawda, a przyszłością nie warto się przejmować, bo to tylko część linii czasu, która dopiero ma się wydarzyć.

Pieczołowicie w blasku promieni słonecznych zaplanuję cały wpis, przy okazji zastanawiając się, co mnie (i moich bliskich) ostatnio najbardziej dołowało. I dojdę do – w gruncie rzeczy szczęśliwego zakończenia – uzmysławiając sobie, że największe problemy generuje w gruncie rzeczy tylko i wyłącznie myślenie o tym, co kiedyś tylko mogłoby się stać naszymi największymi problemami.