Za każdym razem, kiedy słyszę piosenkę We don’t talk anymore, w głowie automatycznie wyświetla mi się lista osób, których nigdy nie chciałabym kojarzyć z jej tytułem. I choć najlepiej dogaduję się z tymi, z którymi bez skrępowania potrafię milczeć najdłużej, za nic w świecie nie chciałabym tracić z nimi kontaktu.

Cieszę się jak dziecko za każdym razem, kiedy uświadamiam sobie, że im też mocno zależy na tym, żeby pielęgnować nasze relacje. Jest dobrze, walczymy. Choć sami nie do końca wiemy, w którym momencie podjęliśmy tę decyzję.

Czy zaważyły wspólne zainteresowania, wyznawanie podobnych wartości, czy oglądanie dokładnie tych samych seriali? A może po prostu dobrze nam się ze sobą rozmawia i nie mamy ochoty przestawać? Też fajnie. Wszyscy przecież mówią, że warto. Szkoda tylko, że nikt przy okazji nie tłumaczy, jak to poprawnie robić.

Będzie dobrze

W ciągu ostatnich kilku tygodnia miałam okazję skorzystać z wielu wolnych majowych dni, co skutkowało nadrabianiem filmów i programów rozrywkowych z serii tych, które nie wnoszą zbyt wiele do twojego życia, ale dzięki którym głośno się śmiejesz, totalnie chillujesz i przynajmniej masz, z czego się pośmiać kolejnego dnia z ziomkami z pracy.

Strasznie wkręciłam się na przykład w Mistrzowskie Cięcie, które może akurat nie do końca wpasowuje się w powyższy opis i ma jednak w jakimś sensie walor edukacyjny. No wiecie, to takie Kuchenne rewolucje, tylko że w salonach fryzjerskich. Najpierw jest bardzo źle, potem wpada Maciej Maniewski, mówi, co jest nie tak i dlaczego, a potem wszyscy liczą na to, że teraz to już na pewno będzie dobrze.

Tradycyjnie gdzieś na początku programu mistrz obserwuje pracowników salonu, do którego przyjeżdza i ocenia sposób, w jaki traktują klientów. W jednym z ostatnich odcinków, które wiedziałam, fryzjerka robiła absolutnie wszystko, żeby wytłumaczyć klientce wymyślone przez siebie cięcie – No tutaj troszkę przytniemy, z tamtej strony będzie odrobinę dłużej, grzywka taka średnia i do tego lekko pocieniowana góra. Po tym wszystkim Maciej Maniewski, przyglądający się wcześniej całej prezentacji, spytał klientkę: Czy po tym opisie wie pani, z jaką fryzurą wyjdzie pani z tego salonu? No, wydaje mi się, że z ładną.

Także tego. Jak widać, miewamy problemy z komunikacją.

Zaangażowanie równa się wysiłek

Wielu z nas nie radzi sobie nie tyle z mówieniem, co z przekazywaniem słowami tego, co faktycznie chce komuś powiedzieć. Na ogół mówimy przecież bardzo dużo. Rozwodzimy się… nad smakiem tego farszu. Opowiadamy sobie przeróżne histore, a potem mimo wszystko – czasem nie wiedzieć jakim cudem – wpadamy w sidła dziwnych nieporozumień.

To dlatego ludzie chodzą na psychoterapie. Żeby spotkać się z kimś, kto przetłumaczy ich własne poplątane myśli na prosty język, który jasno nazwie to, co oni tak naprawdę czują. Tylko, że do podjęcia takiej pracy nad sobą potrzebne jest tak zwane zaangażowanie. A zaangażowanie równa się wysiłek. Dopóki jednak komuś zależy na tym, żeby się dogadać – czy to ze sobą, czy ze swoim partnerem – to znaczy, że jest naprawdę bardzo dobrze.

Osobiście mam dużo większy problem z tymi, którzy dogadać się za wszelką cenę nie chcą. To właśnie jedna z takich osób zainspirowała mnie do napisania tego wpisu.

Zacznijmy traktować się jak ludzi

Nie to żebym była jakimś sfiksowanym społeczniakiem. Wkład w życie mojego osiedla ograniczam raczej do mówienia sąsiadom dzień dobry i nie słuchania muzyki w domu tak głośno, jak bym sama tego chciała. Mimo wszystko muszę przyznać, że zdarza mi się wczytywać w dyskusje, które toczą się w naszej wspólnej sąsiedzkiej grupie na fejsie.

Czasem się z z nich  śmieję, innym razem myślę, że może warto byłoby się w końcu ropłakać. Ale wczoraj naprawdę coś mnie wewnętrznie uderzyło. Jedna z mieszkanek mojego osiedla opublikowała wpis, którego przekaz jest dosyć prosty: zacznijmy ze sobą rozmawiać i traktować się nawzajem jak ludzi.

Rozoczyna w ten sposób:

Jeżeli
-masz dziecko, które się bawi, płacze i krzyczy na osiedlu, to nie miej pretensji do kogoś kto wyprowadza swojego psa na terenie naszego osiedla;
-jeżeli wywalasz śmieci przed drzwiami, to nie miej pretensji jeżeli ktoś siedzi na ławce i głośniej rozmawia;
-Jeżeli denerwują cię śmieci w windach, to sprzątaj po swoim psie jak załatwi swoje potrzeby (z dwojga złego lepiej na trawie niż na chodniku mimo zakazu);
-jeżeli u ciebie w domu jest impreza przez całą noc, to nie miej pretensji, że sąsiad z góry zalal ci balkon myjąc swój;
-jeżeli uprawiasz seks przy otwartym oknie, tak że każdy na osiedlu cię słyszy to nie miej pretensji, że sąsiad o 6 rano wychodzi do pracy i budzi caly blok;
-jeżeli oczekujesz że inni cię będę szanować, to szanuj innych.

Na koniec dorzuca jeszcze kilka słów o tym, żeby pamiętać, że to, co dla jednego będzie problemem, dla drugiego może nim nie być. I generalnie apeluje o wzajemny szacunek i tolerancję, przy okazji wspominając o dobroczynnym wpływie segregowania śmieci. Uśmiecham się pod nosem i myślę: kurczę, dobre.

Zawsze się przyczepisz

Dyskusja pod postem? Ogromna. Niektórzy pochwalają, inni mają co do idei pewne zastrzeżenia. Generalnie jest kulturalnie. No ale nagle, oczywiście pojawia się taki jeden komentarz, który absolutnie rozwala system.

Rozumiem, że pół żartem pół serio, ale porównywanie płaczącego dziecka do srającego psa gdzie popadnie to jest lekka przesada.

Bo jak chcesz się czegoś przyczepić, to przecież zawsze się przyczepisz. Ja wiem, ze gdyby przejmować się każdym głupim wpisem w social mediach, to generalnie z naszym stanem psychicznym mogłoby być skrajnie ciężko, no ale jednak. Wiadomo, dziecka czasem nie uspokoisz, po psie możesz posprzątać. Ale czy naprawdę o to tutaj chodziło?

Napisałabym, że chciałabym wiedzieć, skąd bierze się w nas tak olbrzymia chęć szukania problemów tam, gdzie ich nie ma, ale chyba jednak nie chcę.

Nie chcesz się dogadać? To lepiej wcale nie gadaj.