Podoba mi się to. Na filmach. Gdzie jak czegoś chcesz, to chwilę później już to masz. Gdzie nie musisz się zastanawiać, co ktoś pomyśli, jak cię oceni. Gdzie włosy na nogach tak szybko nie rosną. Gdzie nawet, jak płaczesz, to i tak za chwilę pięknie wyglądasz i głośno się śmiejesz.

Gdzie w ciągu dziewięćdziesięciu minut możesz dostać odpowiedź na prawie każde pytanie. Gdzie jesteś w stanie schudnąć pięć kilo w ciągu pół godziny. Gdzie nic nie jest dziwne, żadne zaproszenie za bardzo szalone.

Podoba mi się to. Jak nie musisz tęsknić, czekać, nie wiadomo na co i bać się tego, co przyjdzie. Bo ty przecież dobrze wiesz, jaka będzie kolejna scena. Przez te półtorej godziny naprawdę podoba mi się to doprecyzowanie.  Obgadane krok po kroku z reżyserem życie.

Tylko, że po wyjściu z kina coś mi zaczyna przeszkadzać. Ja chyba jednak wolę nie wiedzieć. Wcale nie chcę mieć pewności co do tego, co będzie, a co nie będzie. Ja chcę się po prostu po swojemu starać. A potem albo śmiać się przez łzy, albo z uśmiechem płakać.

I niech ktoś sobie coś o mnie myśli, niech mnie ocenia. A nuż będziemy mogli się z tego kiedyś pośmiać. Pooglądać razem jakieś banalne filmy.