Dzwonisz. Łamiącym głosem mówisz, że chcesz chwilę porozmawiać.

Z oddali dociera do mnie dźwięk brzęczących kluczy. Słyszę, jak przyspieszonym krokiem wracasz do domu. W końcu dochodzi do mnie odgłos szarpania klamki. Kiedy wreszcie udaje ci się otworzyć drzwi, wchodzisz do mieszkania i szybko je za sobą zamykasz, tak jak byś miała ochotę przekazać tym gestem całemu światu informację, że nie masz już więcej ochoty, żeby ktokolwiek dzisiaj się do ciebie zbliżał.

Oczami wyobraźni widzę, jak wchodzisz do kuchni. Siadasz na krześle, a potem powoli zaczynasz się przede mną otwierać. Wsłuchuję się w ciebie niespokojnie. Fakt, że nie przerywam, jak mówisz, w większości wypadków wynika z tego, że naprawdę nie wiem, co mogłabym powiedzieć.

Kiedy zapada cisza, mówię więc tylko to, co zwykle możesz ode mnie usłyszeć. Że w końcu będzie dobrze, że zobaczysz, że nie wybiegaj za bardzo w przyszłość. Że przecież nic nie dzieje się bez przyczyny, że dobrze wiesz, że wszystko – absolutnie w s z y s t k o – wydarza się po coś…

– Po to, żebym się wreszcie ogarnęła? – pytasz cichym głosem.
– Ty to powiedziałaś – odpowiadam. – Ja tylko pomyślałam – dodaję po chwili.

Wiesz, co cię rani? Twoje oczekiwania cię ranią.

I wiara w to, że jeżeli ty chcesz dla kogoś dobrze, to musi oznaczać, że on chce dla ciebie dokładnie tego samego. Boli cię nadzieja i unosząca się gdzieś na chmurze wyobraźni, stworzona przez ciebie wizja przyszłości.

Niby chcesz tylko tyle, żeby było po prostu okej. Nic wielkiego, brak wygórowanych pragnień. Żadne tam szalone spontaniczne wycieczki do Barcelony, żadne prosecco do śniadania, bukiety kwiatów bez okazji. Zwykłe spoko, ewentualnie w porządku. Zadowoli cię najzwyklejszy zbiór synonimów słowa dobrze. Nie prosisz o najlepiej. Tylko że mimo wszystko ciągle okazuje się, że twoja definicja tego słowa znacznie odbiega od definicji stworzonej przez kogoś innego.

I to cię najbardziej męczy.

Bo ty się ewidentnie starasz. Dajesz z siebie wszystko. Codziennie wysyłasz w świat całe mnóstwo dobrych intencji, nawet jeśli według Żulczyka czyste intencje to oksymoron. […]

Taka figura retoryczna. […] Wszystkie intencje są brudne. Zawsze myślimy wyłącznie o sobie. Zawsze myślimy o tym, aby się wzbogacić, aby coś ugrać, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, w każdej sytuacji myślimy przede wszystkim o naszej wygranej. Nic nie jest czyste. Czytość to pewna idea. Punkt odniesienia, jak śmierć. Nikt nigdy nie doświadczył śmierci. Nikt nigdy nie widział czystych intencji.*

Przeczytałam te słowa dzisiaj rano w tramwaju. I pomyślałam sobie o twojej sytuacji. Wiesz co. O nim sobie trochę pomyślałam. A potem upewniłam się tylko w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeszcze kiedyś dostaniesz to czego szukasz. A może nie? Może nie dostaniesz.

Może znajdziesz coś dużo lepszego.

 

*Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł