– Więc teraz masz tylko dwie opcje. – powiedziałam – Albo rezygnujesz od razu i próbujesz się szybko pozbierać. Albo dajesz sobie jeszcze trochę czasu i dopiero potem decydujesz, jak bardzo nie chcesz tego dalej ciągnąć.

– Czyli właściwie obie opcje kończą się tym samym, tylko, że w drugiej marnuję więcej czasu? – zapytałaś.

– Jeśli już teraz wiesz, że druga opcja skończy się tak samo jak pierwsza, to lepiej nie przedłużać.

Żebyśmy się jasno zrozumieli. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy dawaniem sobie szans a powstrzymywaniem nieuchronnego. I obie drogi są jak najbardziej okej. Ale tylko jedna z nich ma jakiś większy sens.

Szczerze? Nigdy nie byłam fanką odpuszczania.

Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś się czegoś podejmuje, to powinien doprowadzić to do końca. Że nie można tak sobie zmieniać zdania, skakać z kwiatka na kwiatek i rezygnować ze wcześniejszych planów. Przecież jesteśmy dorosłymi ludźmi. A dorośli ludzie powinni podejmować dorosłe i poważne decyzje.

Tylko że wiesz co? Ci sami dorośli ludzie właśnie między innymi przez takie durne stwierdzenia popadają potem w depresje. Najpierw sami dla siebie tworzą superambitne plany (bo presja, żeby osiągać), a potem, gdy okazuje się, że nie mogą im podołać, nie wiedzą, co ze sobą zrobić (bo presja, żeby nie dawać za wygraną).

Co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że towarzyszy temu przeświadczenie, że każdy powinien być superszczęśliwy, bogaty i wiecznie usatysfakcjonowany. Tylko jakim cudem mamy dokładnie wiedzieć, czego chcemy, jeśli nikt nie pozwala nam z uniesioną głową doświadczać tego, czego potem będziemy chcieli unikać?

Napisała do mnie ostatnio dziewczyna, która borykała się z podobnymi dylematami. Jakiś czas temu podjęła nową pracę. Pracę, która miała być spełnieniem jej marzeń. Na początku zapowiadało się naprawdę obiecująco, ale po pewnym czasie okazało się, że stres, który jej towarzyszył, był totalnie niewspółmierny do osiąganej satysfakcji.

Mam poczucie, że jestem kolejną dziewczyną, która ich zawiodła. Przecież mówili, że będzie ciężko. Ostrzegali mnie, że tej pracy wiecznie towarzyszy nerwowość. Ale ja chciałam. Obiecywałam, że jestem inna, że przecież dam radę – pisała.

Z każdym zdaniem przez jej słowa przedzierały się coraz silniejsze pretensje. Nie mogłam uwierzyć w to, jak bardzo obwiniała za tę sytuację samą siebie. Nawet jeśli wszystko, co wiedziała przed podjęciem tej pracy to tylko tyle, ile potrafiła sobie na jej temat wyobrazić.

Nie chcę trywializować, ale to trochę tak jak z zakupami. Ile razy jest tak, że przymierzasz eleganckie spodnie do sportowych butów, w głowie układa ci się wizja miliona okazji, podczas których będziesz miała szansę założyć je do pięknych szpilek. A za jakiś czas okazuje się, że w zasadzie to rzadko masz szansę ubierać się elegancko. A jeśli już dzieje się coś poważnego, to i tak zawsze stawiasz na swoją niezawodną spódnicę.

To nie jest tak, że coś jest z tobą nie tak.

Że się starasz. Że próbujesz. Że uciekasz. Że inwestujesz i stawiasz czasami wszystko na jedną kartę. Że może bez sensu się łudzisz. Że podejmujesz wyzwania. I że z niektórych z nich szybko rezygnujesz. To też jest w porządku.

I nie myślę w tym momencie tylko o karierze zawodowej. Pojawiają mi się teraz przed oczami związki, które miały trwać wiecznie, ale jednak nie wypaliły; wybrane pod wpływem presji studia nie do przeskoczenia i ci wszyscy ludzie, z którymi – wydawało ci się – będziesz do końca życia utrzymywać kontakt.

Odpuszczanie, rezygnowanie czy zmienianie zdania wcale nie zawsze muszą oznaczać przegranej. A nawet jeśli? Uspokój się, wyciągnij wnioski i spróbuj dobrze rozegrać kolejny mecz.