Jest ciepły lipcowy wieczór. W nozdrzach czuć lekki zapach alkoholu wymieszany z unoszącym się w powietrzu papierosowym dymem. W rękach trzymamy duże przezroczyste kieliszki, które jeszcze chwilę temu wypełnione były białym winem. Stoimy na balkonie. Rozmawiamy. O pracy, związkach, o tym, że on nie był ciebie wart, że jeszcze kogoś sobie znajdziesz, że musimy iść razem potańczyć i tak dalej.

Nagle zaczynamy mówić o błędach. Już samo ich wspomnienie sprawia, że wszystkie jakoś automatycznie się wzdrygamy. Żadna z nas nie przyznaje się do swoich, ale zdecydowanie potwierdza, że ma na koncie kilka sytuacji, które mogłaby zaklasyfikować do grona mniejszych lub większych porażek. A czasami i nawet całkiem sporych potknięć, które w teorii nigdy nie powinny się wydarzyć.

W końcu nasze myśli, uciekające jeszcze przed chwilą do złowrogiej Krainy Błędów, powracają na siódme piętro Warszawskiego apartamentu. A my jak gdyby nigdy nic zaczynamy wymieniać się ogólnymi spostrzeżeniami na temat wszelkich błędnie podjętych decyzji.

Pieśń pochwalna dla słabych decyzji

Niby nie, ale jednak w jakimś stopniu podświadomie staramy się nawzajem usprawiedliwiać. Mówimy, że jesteśmy przecież jeszcze młode – nawet jeśli jedna z nas za moment przyzna, że łatwość w popełnianiu błędów wcale z wiekiem nie maleje, a my wszystkie z aprobatą przytakniemy głowami.  Zgadzamy się co do tego, że nie można niczego w życiu żałować – nawet jeśli z naszych oczu można wyczytać, że czasami dałybyśmy całkiem sporo za możliwość cofnięcia czasu. W końcu przyznajemy, że przecież każdy człowiek ma prawdopodobnie jakąś pulę błędów do wykorzystania i to właśnie to stwierdzenie staje się najbardziej optymistyczną kwintesencją naszych rozważań.

Żebyśmy się jasno zrozumieli. To nie jest żadna pieśń pochwalna dla słabych decyzji. Kiepskie decyzje z założenia nie należą do grona tych godnych pochwały. Ale ich ogromną zaletą jest to, że pozwalają odkrywać błędne rozwiązania. A od nich do tych najlepszych nie powinno być już aż tak bardzo daleko.

SKĄD MAM WIEDZIEĆ?

Rozmawiałyśmy ostatnio z koleżanką z pracy o zawartościach naszych szaf. Pamiętam, jak bardzo żaliłam się na to, że mam w domu kilkanaście czarnych T-shirtów, które najchętniej ograniczyłabym do pięciu ulubionych. No wiesz – mówiłam. Codziennie rano otwieram szafę, widzę piętnaście, teoretycznie TAKICH SAMYCH, bluzek, a mimo wszystko i tak zawsze mam ochotę wybrać jedną i tę samą.

Tylko że – ciągnęłam dalej tę poważną dyskusję – skąd miałabym wiedzieć, w których T-shirtach będę źle się czuła, dopóki bym ich przynajmniej kilka razy nie ubrała? Skąd mamy wiedzieć, że coś nam (nie) pasuje, dopóki tego nie przetestujemy? – zapytałam retorycznie, a potem zachwycona własną myślą stwierdziłam, że muszę niedługo ją wrzucić na bloga.

Także tego, drodzy Państwo, oto i ona. Objawienie ostatnich dni, pytanie tygodnia, a za chwilę… odpowiedź miesiąca. Czasem naprawdę lepiej zbłądzić niż zbyt nachalnie pytać o drogę.*

CENNE WSKAZÓWKI

Możesz wielokrotnie przymierzać do siebie różne sytuacje, możesz wiecznie wyobrażać sobie, jak byś się czuł, gdyby stało się coś teoretycznie sprzecznego z twoimi pierwotnymi założeniami.

Czasem staniesz sobie nawet przed tym metaforycznym lustrem i stwierdzisz, że jest to tak odległe od twojego systemu wartości, że w gruncie rzeczy w ogóle cię to nie interesuje. A innym razem doprowadzisz do tego, żeby to coś się po prostu stało. Żebyś wówczas mógł poczuć się w jakiś specyficzny sposób i zdecydować, jak bardzo (nie) zależy ci na naprawieniu własnego błędu.

Wbrew pozorom, mając poczucie, że coś poszło nie tak (którego tak bardzo sobie wcześniej nie życzyłeś), możesz otrzymać naprawdę sporo cennych wskazówek.

 

 

*Aldous Huxley