Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale po prostu muszę rozpocząć ten wpis od stwierdzenia, że w gruncie rzeczy jestem strasznie łatwa.

Wzruszają mnie proste historie. Potrafię rozpłakać się, oglądając talent show, kiedy okazuje się, że któryś z uczestników przechodzi do kolejnego etapu. I zazwyczaj nie potrzebuję wiele, żeby uwierzyć w to, że można. Szybko się nakręcam.

Gdyby ktoś do mnie dzisiaj podszedł i powiedział, że do końca życia będę mogła czytać tylko jeden rodzaj książek lub oglądać jeden rodzaj filmów, bez zastanowienia poprosiłabym, żeby były to biografie tzw. ludzi sukcesu. Piszę „tak zwanych“, bo wcale nie podoba mi się to (niedo)określenie.

Sukces kontra sukces

Sukces zawsze brzmiał dla mnie dość imponująco, ale od jakiegoś czasu wydaje mi się jednak trochę tani. To taka szufladka, do której wpadają wszyscy ci, którym cokolwiek się udało, niezależnie od tego, jaką niosą za sobą historię. Nieważne, co im w życiu wyszło. Sukcesem może być zarówno zdobycie stu tysięcy followersów na Instagramie (szanuję) dzięki regularnemu pokazywaniu gołego tyłka (nie popieram), jak i stworzenie megaznanego brandu (zazdroszczę!).

Mnie właśnie najbardziej kręcą te duże sukcesy i wszystkie zdarzenia, które dzieją się tuż lub na długo przed. Kiedy więc w piątkowe popołudnie dowiaduję się, że Tommy Hilfiger w 1984 roku  postawiony przed możliwością podjęcia pracy u Calvina Kleina (który wówczas był absolutnym numerem jeden) a rozpoczęciem (r o z p o c z ę c i e m) tworzenia marki pod własnym nazwiskiem, wybrał właśnie tę drugą opcję jestem pod absolutnym wrażeniem.

–       Ale myślisz, że marka Tommy Hilfiger się przyjmie? Wierzysz, że ktokolwiek będzie potrafił to wymówić?

Nie chciałem, żeby ta szansa mi się wymknęła. Postarałem się, żeby ta wątpliwość zabrzmiała jedynie jak detal związany z nazwą firmy, której powołanie już ustaliliśmy.

Mohan nie podzielał moich skrupułów.

–       A sądzisz, że ktokolwiek umie poprawnie wymówić Yves Saint Laurent?*

Uwierz w siebie i zacznij działać

Jasne, przecież każdy wybrałby możliwość stworzenia marki Tommy Hilfiger, będąc Hilfigerem – myślisz, mając przed oczami jakikolwiek z jej produktów.

Tylko, że wiesz co? W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby ten produkt mieć przed oczami już na samym początku swojej drogi. I żeby w niego uwierzyć, zanim uwierzy ktokolwiek inny. Ale zanim to wszystko – żeby go sobie wymyślić, a potem robić wszystko, żeby w ogóle powstał.

Nie jestem fanką coachingowych stwierdzeń w stylu „Uwierz w siebie i zacznij działać“, ale wręcz uskrzydlają mnie przykłady z życia tych, którym wyszło na dobre to, że nie przestawali ciężko pracować.

Pamiętam, jak kilka dni temu zachwycona Opener’owym show Bruno Marsa otworzyłam jego profil na Instagramie, a przed moimi oczami jako pierwszy pojawił się filmik z 2015 roku, na którym Bruno razem z Brody Browem próbowali nadać ostateczny kształt jeszcze wtedy nikomu nie znanemu utworowi „24k Magic“. Swoją drogą, tutaj możecie go podejrzeć. Oglądając go po raz pierwszy, autentycznie miałam na całym ciele ciarki. #nevergiveup #dontlosehope

NAJGORZEJ

Żeby działać, trzeba wierzyć. Ale nie wystarczy wierzyć, żeby coś zaczęło się samo dziać. Na ogół trzeba po prostu mocno cisnąć. Upadać. Podnosić się. Ryzykować. Upadać po raz kolejny. A przy okazji nigdy nie tracić nadziei, że twój plan się ziści.

Wiesz, czego najbardziej brakuje mi w tym całym wszechobecnym motywacyjnym szale? Mówienia o tym, jak tę motywację utrzymać. Ciągle słyszę tylko, żeby podnieść się z kanapy, zrobić pierwszy krok, żeby stworzyć całą listę planów do realizacji. No super, jasne. Tylko że większość ludzi nie przegrywa dlatego, że nigdy nie zaczęli. Oni odpadają, bo nie wytrwali.

Uwierzyć w coś na początku drogi jest generalnie dosyć prosto. Najtrudniej jest  nie ulec pokusie, żeby tę wiarę w pewnym momencie stracić. A najgorzej? Przestać działać.

 

 

*Amerykański marzyciel. Mój świat mody i biznesu, Tommy Hilfiger