Jest środa, godzina 18. Spotykamy się w warszawskiej Arkadii. Obie niedawno skończyłyśmy pracę, chociaż mi udało się jeszcze w czasie od jej zakończenia do naszego spotkania zaliczyć całkiem udany shopping.

Na pytanie no to gdzie idziemy? odpowiadam więc błagalną prośbą o to, żeby raczej gdzieś usiąść zamiast spacerować, po czym wymownym wzrokiem spoglądam na trzymane przeze mnie w rękach torby i tłumaczę, że nie chce mi się tego dłużej nosić. M. pyta, czy te dzisiejsze zakupy to tak w ramach idei minimalizmu w szafie, o której tak entuzjastycznie opowiadałam jej ostatnim razem. Z miną dziecka przyłapanego na gorącym uczynku, natychmiast rozpoczynam przemowę na temat olbrzymiej racjonalności kupowania jesiennych płaszczy podczas letnich wyprzedaży. Udało się, nie ma więcej pytań.

Za każdym razem, kiedy kupię coś, co nie znajduje się na mojej liście rzeczy tzw. must have (czyli w 95% przypadkach), szukam dla tych sytuacji jakichś sensownych wytłumaczeń. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Przecież nie ja jedna uwielbiam, kiedy rzeczy z nowych kolekcji oklejane są czerwonymi metkami i zmieniają ceny, a potem jakimś dziwnym trafem lądują w mojej, wypełnionej już do granic możliwości, szafie.

Wyprzedaż to taki szczególny okres,

w czasie którego ludzie kupują rzeczy, na które kiedyś nigdy by nie spojrzeli, wydają więcej niż zaplanowali i przymierzają ubrania częściej niż w ciągu całego poprzedzającego ją sezonu. W teorii dzieją się rzeczy niesamowite, w praktyce jednak jesteśmy kierowani dokładnie tymi samymi instynktami, które rządzą nami w ciągu całego roku. Produkty… no cóż, traktujemy jak ludzi.

Zawsze zachwycamy się nowościami, rzeczami/osobami, które mają pięknie wyeksponowane zalety. Kusi nas świeżość, niedostępność i świadomość, że dany produkt/człowiek będzie idealnie przylegał do naszego ciała. Chcemy to, co z daleka prezentuje się wyjątkowo, kuszeni wizją, że w naszym towarzystwie też zawsze będzie wyglądać zjawiskowo i nigdy się nie pobrudzi.

Czasami wystarczy jednak, żeby coś stało się łatwiej osiągalne, zmieniło otoczenie oraz swój pierwotny kształt, żeby w naszych oczach natychmiast straciło posiadaną wcześniej wartość. W końcu nic nie boli bardziej niż spora inwestycja w potencjalny ideał, który za jakiś czas wygnieciony trafia do sale’a i przestaje budzić jakiekolwiek zainteresowanie. Nagle okazuje się, że sam w sobie, bez odpowiedniego ustawienia i otoczenia innych drogich rzeczy, nie jest już taki piękny.

Odwrotna sytuacja ma miejsce, kiedy produkt, który tylko wypatrywałeś w pełnej cenie, nagle kosztuje dużo mniej, a tym samym staje się zdecydowanie łatwiej dostępny. Co prawda, wśród tysiąca innych przecenionych rzeczy nie wygląda już jak milion dolarów, ale mimo wszystko zaczyna podobać ci się dużo bardziej. To tak patrzenie na swojego idola przez pryzmat tego, jaki jest wielki i zachwycanie się pod sceną, tym w jaki sposób z niej na ciebie (aha, jasne) patrzy, a potem rozmowa twarzą w twarz, po której nadal utrzymujesz, że dana osoba jest naprawdę super. To jeden z tych lepszych wyprzedażowych scenariuszy.

Najgorsze rzeczy dzieją się wtedy,

kiedy ludziom zaczynają podobać się rzeczy, na które wcześniej nigdy nie zwróciliby uwagi. Zbliża się początek sierpnia, towar wszędzie jest już mocno przebrany, ale mimo wszystko oni nie przestają czuć się królami wyprzedaży i nadal (może nawet z jeszcze większym zacięciem) buszują wśród produktów, które mają szansę dostać w możliwie niskich cenach. Przestaje liczyć się jakość, to, czy coś im się w ogóle podoba (i jak bardzo by się podobało, gdyby kosztowało trzy razy więcej) oraz to, czy będą mieli jakąkolwiek szansę, żeby to kiedykolwiek założyć.

Tutaj liczy się zdobywanie. Kiepski materiał naprawdę przestaje mieć znaczenie, jeśli diametralnie obniżysz swoje oczekiwania. Liczy się tylko to, że ktoś/coś nie jest najgorszy/e na świecie i jesteś w stanie zaciągnąć to/go w miarę sprawnie i bez większych strat do własnego mieszkania.

Potem pewnie zdziwisz się, że jest wam razem raczej tak sobie niż dobrze, ale mimo wszystko stwierdzisz, że wolisz zadowalać się słabymi opcjami zamiast za długo czekać na coś, co bez zastanowienia brałbyś nawet w pełnej cenie.

W końcu czas wyprzedaży dobiega końca.

W sklepach pojawiają się nowe kolekcje, które zachwycają cię swoim wdziękiem, ale okazuje się, że za dużo pieniędzy/energii zmarnowałeś na sale’u, żeby myśleć teraz o kupowaniu drogich rzeczy.

No dobra, to trochę zabrzmiało tak, jakby wszystkie wyprzedaże były złe, a towar, który na nich znajdziesz, najgorszy na świecie. Nie, wcale tak nie myślę i głęboko wierzę, że wszędzie zdarzają się perełki i naprawdę liczy się to coś/ktoś, a nie miejsce, w którym go poznasz. Sęk w tym, żeby nie wariować. Nie obniżać własnych oczekiwań. Nie panikować i przede wszystkim nie rzucać się na coś, tylko dlatego, że jest w twoim zasięgu.

Proszę, szukajmy rzeczy/ludzi, które zawsze będą nas zachwycać, kiedy zobaczymy je/ich w idealnym stanie, ale też takich, które nie przerażą nas, kiedy się delikatnie pogniotą. Takich, które będziemy dalej lubić, nawet jeśli odrobinę się ubrudzą. Poznawajmy je od podszewki, chciejmy nosić i troszczmy się o to, żeby ich nie niszczyć. Od początku czujmy się w nich, przy nich i z nimi po prostu dobrze. Nie próbujmy na siłę się do nich dopasować. I co najważniejsze, nie inwestujmy w coś, co nam się za chwilę znudzi.

Szczerze walczmy tylko o to, czego nigdy nie chcielibyśmy później oddać.