– Smutno mi, że będę ją musiała zostawić, kiedy wyjedziemy do Tajlandii.
– Więc pomyśl o tym, jak się ucieszysz, gdy zobaczysz ją po powrocie.*

No dobra. Możecie sobie pomyśleć, że to opowieść w stylu :

– Boli mnie ręka, kiedy ją zginam.
– No to nie zginaj.

Ale nie. W gruncie rzeczy to dużo głębsza historia. Czuję się trochę jak skrzyżowanie Nietzsche’go i Paulo Coelho, kuszona postawieniem pytania o to, czym jest prawdziwe szczęście, ale wierzcie lub nie – od jakiegoś czasu nie daje mi ono spokoju.

Nie to że się zastanawiam, patrzę w niebo i szukam sensu życia. Raczej po prostu rozmawiam z ludźmi. A potem zaczynam zauważać, że niektórzy z nich cieszą się rzeczami, które mają inni ludzi. A ci wspomniani przed chwilą inni nawet nie zauważają, że je mają. Nie mówiąc już o tym, żeby się nimi jakoś specjalnie przejmować.

Trawa bardziej zielona

Ja wiem, że trawa zawsze będzie bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Że jak jesteś singlem, to marzy ci się związek życia, a jak jesteś w związku – nawet jeśli jest to związek życia – to zazdrościsz koleżance, która umawia się na pięć randek w tygodniu. Że jak masz dzieci, to perspektywa czterech tygodni w samotności, wydaje się prawdziwym miesiącem wolności. A jak o te dzieci mocno walczysz, to ta samotność – nawet jeśli we dwoje – wcale już cię tak mocno nie kręci.

Nie chcę nikogo przekonywać do tego, żeby zachwycać się tym, co jest tu i teraz, jeśli tam i później może naprawdę dziać się lepiej. Nie chcę mówić, żeby się nie starać. Nie chcę nawet prosić, żeby nie narzekać. Ja naprawdę lubię, jak ktoś tak sensownie marudzi, a potem zabiera się do roboty i eliminuje ze swojego życia to, co mu przeszkadza.

Cudowne myślenie

Ale jeszcze bardziej kręci mnie to, jak ktoś gdzieś w tym wszystkim wiele docenia. I nawet jeśli ciśnie coraz mocniej, to nie ignoruje tego, co w danym momencie posiada. Bo to wcale nie chodzi o to, co się wydarza, tylko na których wydarzeniach skupiamy swoje myśli. Ile razy cieszymy się, z tego, co nas spotkało, a jak często dobijamy czymś, co się nigdy nie zadziało. Jak długo płaczemy nad rozlanym mlekiem, a ile razy tylko wydaje nam się, że już dawno się rozlało, nawet jeśli szklanka wciąż stoi stabilnie do połowy pełna.

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką w pracy o badaniach okresowych.

– Chyba sprawdzę już wszystko na spokojnie po wakacjach. A jak się okaże, że umieram…
– A jak się okaże, że wszystko jest w jak najlepszym porządku? – zapytałam.
– No tak! Miałabym cudowne wakacje! – usłyszałam.

Póki co możesz mieć cudowne myślenie. Na radość z tego, że masz wszystko, jeszcze przyjdzie pora.

 

 

*Za zamkniętymi drzwiami, B.A. Paris