(uwaga/przestroga: to naprawdę nie będzie tekst o opalaniu)

Mniej więcej od połowy kwietnia ludzie zaczynają szukać sposobów na piękną i trwałą opaleniznę. Od początku sezonu planują z jak największą efektywnością chwytać każdą płynącą z nieba wiązkę światła. Latem – jeśli nie od razu piękni – to chcą być przynajmniej brązowi.

Pod koniec lipca, nadal zmotywowani wizją uzyskania pięknego i równomiernego koloru skóry, kończą w przydomowych solariach, wygrzewając swoje nagie ciała pod wysokociśnieniowymi lampami. Powód? Pożądany odcień skóry: śniady.

Tymczasem recepta na podkreślenie nawet najdelikatniejszej opalenizny jest w gruncie rzeczy dużo prostsza. Ha! Wystarczy stanąć obok kogoś zupełnie nieopalonego.

No dobra, wiem, że jestem średnio zabawna (prawie wcale), ale mam pewien cel w tym, żeby zupełnie nie zważając na twój aktualny odcień skóry, wytłumaczyć ci, że możesz regularnie wygrzewać się na słońcu, stosować liczne olejki, kremy, mleczka i balsamy, ale wystarczy porównać się do kogoś ciemniejszego, żeby bach… wypaść przy nim całkiem blado.

…żyjemy w świecie rankingów. Najlepszych sportowców, najbogatszych biznesmenów, najlepszych na roku i najlepszych w grupie albo chociaż tych, którzy mogli na szkolnych wycieczkach siedzieć na końcu autobusu.*

Prawda jest taka…

(i założę się, że nie jestem pierwszą osobą, która ci o niej opowie), że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie od ciebie bardziej opalony, lepiej wykształcony i ładniej pomalowany. Ale uwaga, uwaga… zawsze (ZAWSZE) znajdzie się też ktoś, kto przy tobie będzie prezentował się dużo słabiej.

I teraz masz dwie opcje. Albo porównywać się tylko do tych pierwszych i systematycznie załamywać ręce nad swoją beznadziejnością, albo skupiając się na gorszych od siebie, czuć się królem/królową życia. Wybór należy do ciebie. Z mojej perspektywy obie drogi prezentują się raczej marnie.

Nie oznacza to, że nie powinieneś być świadomy swojego miejsca w szeregu i znać pozycji w różnego rodzaju życiowych rankingach. Świadomość czasami bywa całkiem kluczowa, tylko że jej problem polega na tym, że popycha cię ona dokładnie w żadnym kierunku. W końcu możesz codziennie kupować hamburgery, wiedząc, że powinieneś w końcu zacząć gotować.

Załóżmy, że…

masz 168 centymetrów wzrostu i ważysz jakieś 75 kilo. Okej, jest wiele kobiet grubszych od ciebie. Ale jest też wiele dużo szczuplejszych. Jaki z tego wniosek? Żaden? Brawo. No właśnie. A co jeżeli powiem ci, że jeszcze dwa miesiące temu miałaś  o te 10 kilogramów więcej? A co jeśli o 15 mniej?

To dopiero w tym miejscu zaczynają się pojawiać jakieś sensowe porównania. Mateusz Grzesiak pewnie powiedziałaby, że to ty jesteś swoim największym przeciwnikiem (nawet jeśli chwilę później przyznałby, że z samym sobą nie wypada aż tak całkiem dosłownie rywalizować). Ale na pewno można się zmagać, prawda? Tak po przyjacielsku. A na pewno wspierać zamiast dołować tym, że inni mają lepiej, wiedzą więcej i udaje im się wspinać w dużo szybszym tempie.

Ty przecież ciągle też wdrapujesz się pod górę, tylko że po swoich własnych szczebelkach. Absolutnie nie chcę powstrzymywać cię przed spoglądaniem z nadzieją na kolejne stopnie, ale pamiętaj – jak spojrzysz czasem w dół, to przekonasz się, że kiedyś byłeś dużo niżej.

 

*Sexcatcher, Volant