Boję się średniości. Strasznie łatwo jest przegapić moment, w którym zaczynamy się na nią godzić. Średnio niby nie znaczy, że źle, ale przecież też niezbyt dobrze. Bezlitosna pułapka przeciętności.

Nie mam parcia na niezwykłość, ale chcę wymagać trochę więcej od zwyczajności. Nie zadowalać się tym, że przecież mogłoby być gorzej. Nie cieszyć stanem, w którym nie jest na tyle źle, żeby chcieć coś zmieniać. Nie zgadzać się na powierzchowność, bylejakość i bezpłciowość.

Wiesz, dlaczego ludzie zaczynają się odchudzać dopiero wtedy, kiedy przestają mieścić się w absolutnie wszystkie swoje ubrania? Dlaczego, żeby zdecydować się zakończyć daną relację, muszą najpierw zostać naprawdę porządnie pokrzywdzeni? Dlaczego zmieniają pracę w momencie skrajnych frustracji?

Zazwyczaj jest przecież w miarę dobrze do czasu, kiedy coś porządnie nie pieprznie. Bywa normalnie, znośnie, dopuszczalnie. Jakoś tak do zaakceptowania.

Przeciętność rzadko kiedy bywa źródłem sprzeciwu. My się zbieramy dopiero wtedy, jak przestaje być znośnie. W umiarkowanym bezpieczeństwie i symbolicznym spokoju doprowadzamy się do szaleństwa. I ja to w sumie bardzo szanuję, że coś jednak potrafi nas w końcu obudzić.

Gorzej jak nie pieprznie.