Kiedyś było inaczej. Rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało od razu do kosza. Ludzie ze sobą rozmawiali, zamiast kończyć sprawy pourywanymi zdaniami. Największą wartość stanowiła trwałość.

Nie chcę się tym jakoś specjalnie podniecać. Mój stary telefon też długo dawał radę, co wcale nie znaczy, że nie ucieszyłam się, kiedy przestałam z niego korzystać. Wytrzymałość nie jest zaletą samą w sobie.

A mimo wszystko buntuję się przeciwko odpuszczaniu. Nie chcę, żebyśmy umieli z taką łatwością przyzwyczajać się do swojej osobności. Z jednej strony wybucham za każdym razem, kiedy ktoś mówi o poszukiwaniu swojej drugiej połówki. Bo przecież związek to stan, do którego dążą dwie pełnoprawne całości. A jednak powoli zaczynam bać się postawy pod tytułem ja sam/sama dam sobie radę.

Nasz poturbowany świat pełen niespełnionych przyjemności powoli wypełnia się zranionymi sercami, które za wszelką cenę starają się mieć twarde tyłki.

Nauczeni doświadczeniem, będąc w kolejnych związkach, przygotowujemy się więc na każdą możliwą okoliczność. I nagle lądujemy gdzieś pomiędzy niebezpiecznymi chęciami do bycia na sto procent razem a stuprocentową postawą singla. W poczuciu, że jak zostaniemy sami, to nic wielkiego się nie wydarzy.

Na co dzień stajemy się fanami stwierdzeń w stylu póki co, do tej pory, jak na razie. Tak jakby nic nie miało być na stałe. A potem, jak już w r e s z c i e przestaniemy razem działać, z wymuszoną pewnością siebie w głosie przyznamy, że wcześniej wcale nam nie zależało.

Jak mogło.