Nie wiem, czy w ogóle jesteś to sobie w stanie wyobrazić, ale kiedyś nie było telewizji. Ludzie nie mieli w domach telewizorów, nie spędzali przed nimi średnio czterech godzin i trzydziestu sześciu minut dziennie i nie musieli każdego dnia decydować, co obejrzeć.

Dopiero z biegiem czasu ruchomy obraz i dźwięk zaczęły być przekazywane na odległość. Pierwszy program wywołał falę fascynacji i co najciekawsze – absolutnie wystarczał. Cieszył samą swoją obecnością.

W tym momencie standardowa oferta telewizji cyfrowej zawiera około stu kanałów, przy czym za dodatkową opłatą możesz rozszerzyć ją o ponadplanowe opcje. Oprócz tego dochodzi Netflix, który pozwala oglądać co chcesz i kiedy chcesz, Play oferuje darmowego Showmaxa, a TVN zachęca do odwiedzin autorskiego Playera.

milion dostępnych opcji

Kilka dni temu zorientowałam się, że ja naprawdę to wszystko mam (!). Bo ktoś kiedyś przekonał mnie swoją ofertą, ktoś inny zaproponował bezpłatny dostęp do szerokiego pakietu usług. Bo chciałam spróbować, sprawdzić, przetestować. I niby jest fajnie, dostaję naprawdę sporo, ale jak zależy mi na czymś konkretnym, to okazuje się, że nigdzie tego nie ma (#slepnacodswiatel).

Na szczęście wtedy w moim zasięgu pojawia się HBO Go, zalotnie kusząc darmowym okresem próbnym. Zachęcona korzyściami, postanawiam więc spróbować i zdradzić na moment wszystkie inne źródła video przyjemności. Po chwilowej przerwie w wierności, wracam jednak na stare śmieci. W 95% przypadków i tak nie wiem, co sobie włączyć.

Nie było Tindera

Nie jestem pewna, czy w ogóle będziesz w stanie to sobie wyobrazić, ale kiedyś nie było też internetu. Ludzie nie mieli w domach smartfonów, laptopów, tabletów ani tym bardziej komputerów.

Nie było Tindera.

Dopiero z biegiem czasu zaczęliśmy stymulować się na odległość. Subskrybować tanie komplementy, gotowi zapłacić fortunę za jedno szczere słowo. Zdążyliśmy nawet uwierzyć i na nowo zwątpić w to, że prędzej czy później uda nam się znaleźć kogoś, kto zapewni jak najszerszy pakiet usług. Zaczęliśmy w bezpiecznej odległości krążyć wokół miliona dostępnych opcji.

I co. I zaczęliśmy się wśród tych alternatyw porządnie gubić. Kusić się deklaracjami, a potem nie spełniać obietnic. Uwodzić wirtualnymi spojrzeniami, imponować planami, żeby chwilę później zmienić kanał.

35 TYSIĘCY DECYZJI

Jakiś czas temu przeczytałam, że człowiek dziennie podejmuje około 250 decyzji. Kiedy dzisiaj starałam się znaleźć najświeższe dane w tym temacie, na jednej ze stron znalazłam informację, że tych wyborów mamy dziennie aż 35 tysięcy… Nie mogłam w to uwierzyć. A potem zaczęłam przygotowywać śniadanie.

Kawa z mlekiem czy bez mleka? Jak duża kawa? Jak dużo mleka? Jakiego mleka? Jajka czy płatki? Jajka na twardo, jajecznica czy na miękko? Z majonezem czy bez? Ile majonezu? Ile jajek? Z chlebem? Jakim chlebem? Dlaczego? Ratuunnkuuu.

Nie dziwię się, że mamy problem. Że mamy bałagany w głowach. Że nie umiemy się decydować, że nie umiemy się nie asekurować. Bo nieważne co wybierzemy, to i tak nie wiemy, czy dobrze. I czy przypadkiem nie udałoby się wybrać jednak trochę lepiej.

Biorąc pod uwagę liczbę dostępnych alternatyw, to, co zrobisz, zawsze będzie złe. Tylko że wiesz… Biorąc pod uwagę liczbę dostępnych alternatyw, mogłoby być również dużo gorsze.

W zasadzie to sama nie wiem. Mam tyle możliwości, w jakie mogłabym zakończyć ten wpis, że mocno się gubię. Dlatego po prostu zwrócę się do Was z miniapelem.

Uczmy się być szczęśliwi, a nie ciągle na siłę szczęśliwsi.
I błagam, nie traktujmy się jak pakiety usług.