Moje stosunki z motywacją określiłabym jako bardzo dobre (nawet jeśli często przerywane). Fazy najczystszej wiary w to, że się uda, na własne życzenie rozdzielam stadiami skrajnego motywacyjnego ateizmu.

O ile jednak nie mam żadnego problemu z tym, że coś mi nie idzie, w momencie, kiedy odpuszczam, o tyle nie pozwalam sobie na jakiekolwiek niepowodzenie, kiedy cisnę.

Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli akurat się nie odchudzam, to dodatkowy kilogram na wadze może okazać się prawdziwym powodem do dumy (tak dużo jem i nie ćwiczę, a przytyłam tylko tyle?), podczas gdy każde nadprogramowe pięćset gramów w czasie diety szybko zyskuje miano życiowej porażki.

Stopień tragedii definiuję, bazując na podstawie poziomu zaangażowania. Z łatwością ignoruję podziw ze strony mężczyzn, o których nigdy nie zabiegałam, ale wystarczy, że przez chwilę lekceważy mnie obiekt własnych uczuć, żebym zyskała prawo (i ochotę) ogłosić prawdziwy koniec świata.

To samo dzieje się na blogu. Miewam fazy ekstremalnego zaangażowania i momenty, kiedy odpuszczam absolutnie w każdym sensie. Jakiś czas temu wymyśliłam sobie nawet, że chcę zacząć od nowa. Że usunę wszystkie wpisy. I że w zasadzie to mocno potrzebuję końca, żeby zacząć z przytupem od początku.

Redukcję postów do zera przeżyłam bezstresowo. Pusty fanpage? Istna ulga. Musielibyście jednak zobaczyć moją minę, kiedy kilka dni temu to internety same z siebie odmówiły posłuszeństwa. Kiedy to one same zdecydowały, żeby odebrać mi dostęp do w s z y s t  k i e g o, co do tej pory sukcesywnie tworzyłam. Utraciłam fanpage akurat w momencie, w którym na nowo zaczynałam przekonywać się, że nie chcę przestawać pisać.

Zdaję sobie sprawę, że to żadna życiowa tragedia. Ludzie miewają dużo gorsze problemy. Bym się robotą zajęła. Tylko, że wiesz…. Jakby banalnie to nie zabrzmiało, mimo wszystko poczułam wtedy jakąś stratę. Czemu? Bo mi zależało. Jeszcze miesiąc temu głośno bym się z tego śmiała.

Pomyślałam sobie wtedy, że my tak bezmyślnie żonglujemy sobie tymi naszymi pragnieniami. Decydujemy się, czego w danym momencie byśmy chcieli. Ustalamy bezsensowne priorytety. Dzisiaj masa, jutro forma. Potem jakiś człowiek, lajki, praca.

A na koniec nic nie chcemy.

I dopiero jak od nowa zaczniemy się starać, to jesteśmy mocno zdziwieni, że po raz kolejny nam nie wyszło.