Przeczytałam ostatnio, że największym problemem w komunikacji w naszych czasach wcale nie jest to, że my siebie nie słuchamy. Problem stanowi fakt, że my słuchamy tylko po to, żeby odpowiadać. Nie żeby rozumieć.

Spojrzałam na te słowa i automatycznie zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak mogłabym je skomentować. Brawo.

Media doskonale nauczyły nas, że czytać, słuchać i oglądać trzeba po to, żeby budować na ten temat jakąkolwiek opinię. Może być ona wyrażona zarówno w postaci lajka, serduszka, jak i uszczypliwego komentarza. Komentarza, który z kolei potem powinni shejtować lub polubić inni. W najlepszym wypadku podać dalej, zauważyć = udostępnić.

Swoje postawy mamy prawo wyrażać też zdjęciami. Najlepiej takimi, które potem ktoś będzie miał ochotę dwukrotnie dotknąć. Równie dobrze możemy pisać blogi, kręcić filmy. Ale nie byle jakie. Dobrze sprzedają się tylko te, na których temat chętnie będzie się tworzyło opinie. Często jeszcze zanim się je włączy i zobaczy.

Nic dziwnego, że w codziennym życiu zaczynamy komunikować się wyrobionymi wcześniej przekonaniami. Że zabieramy się nawet za tworzenie opinii na temat czyichś opinii. Że w ogóle zastanawiamy się na tym, co należałoby powiedzieć, a do czego lepiej nigdy nie przyznać. Nie chcemy przecież narażać sie na negatywne komentarze. Publiczny hejt tylko wtedy, kiedy mamy pewność hejterskiego poparcia.

W teorii wszyscy kreujemy się więc na pięknych, mądrych i bogatych. Przez to, że tak bardzo chcemy wszystkim pasować, na każde pytanie automatycznie odpowiadamy tak, jak odpowiedzieć wypada.

Sami siebie doprowadzamy do momentów, w których nie mówimy tego, co czujemy ani tym bardziej nie czujemy tego, co mówimy. Słuchamy naszych własnych rozmów i nie rozumiemy. Ani tego, czego ktoś od nas chce, ani tego, czego sami właściwie chcemy.

Pytanie, czy to nam odpowiada, No i w sumie co z tego, że mówimy sobie dobrze, jeśli w zasadzie nie potrafimy sobie dobrze zrobić.