Żeby nie było – zdaję sobie sprawę, że jesteśmy już gdzieś w okolicach stycznia. Fajerwerki, postanowienia noworoczne, nowy rok, nowa ja i te sprawy. Ale pozwólcie, że mimo wszystko jeszcze na chwilę wrócę wspomnieniami do 6 grudnia. 

To był jeden z tych niepozornych dni, który miał niczym nie różnić się od poprzedniego. Poranna toaleta, kuchnia, łazienka, makijaż przy dużym lustrze w przedpokoju, śniadanie na kanapie, wyjście z domu, autobus, spacer do metra i nagle… szok. Przed tłumem ludzi, którzy ewidentnie nie mogą doczekać się, żeby wreszcie dojechać do pracy, pojawia się świąteczny pociąg. Jest kolorowy, pełen świecidełek i małych ozdób. A to wszystko specjalnie z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia.

Uśmiech na twarzach moich współpasażerów jest bezcenny. Po raz pierwszy widzę w metrze tylu zadowolonych ludzi. Szybko orientuję się, że w środku nawet poręcze oraz podłoga zostały udekorowane świąteczną taśmą. Chwilę później ktoś podchodzi do mnie, żeby poczęstować pierniczkiem (serio).

Pociąg kursuje do dzisiaj. Tylko że jakimś cudem już nigdy więcej nie wywołał we mnie ani w moich wiernych towarzyszach podróży, takiej radości, jaką wzbudził pierwszego dnia, kiedy go zobaczyliśmy. Czymś oczywistym stało się, że jest i od czasu do czasu będzie umilał naszą podróż. Albo i nie. Wkrótce prawdopodobnie przestaniemy go zauważać.

Wiecie czemu? Bo strasznie szybko przyzwyczajamy się do fajnych rzeczy. Jeśli jest nam dobrze, to po prostu jest. Nie poddajemy w wątpliwość tego, że mogłoby tak nie być.

Głupi przykład. Drugiego stycznia potłukła mi się płyta elektryczna. Szklana butelka z olejem wylądowała na szklanej powierzchni płyty, co poskutkowało powstaniem czarnej dziury oraz brakiem możliwości gotowania przez kilka kolejnych dni.

Nie żebym wcześniej codziennie przygotowywała rodzinne obiadki. Ale kiedy nagle okazuje się, że nie masz nawet szansy zagotować wody na makaron albo mleka do budyniu czy owsianki, to ewidentnie zaczyna ci czegoś brakować. Oczywiście, myślę o tym dopiero teraz po raz pierwszy, bezradnie spoglądając na pęknięcie. Czy kiedykolwiek podczas przygotowywania jajek na twardo doceniłam, że kawałek szklanego blatu potrafi się podczas 10 minut nagrzać, zagotować wodę i praktycznie zrobić mi śniadanie? No właśnie.

To samo dzieje się z ludźmi. Buntujemy się dopiero wtedy, kiedy nasze relacje przestają pracować. Dużo wcześniej za oczywistość uznajemy to, co się wydarza. Nawet jeśli wszystko jest bardzo okej i fajnie byłoby się z tego regularnie cieszyć.

Szczerze nienawidzę kłótni, chorób i pobitego szkła, ale próbuję sobie tłumaczyć, jak bardzo ich czasem wszyscy potrzebujemy. Wbrew pozorom to właśnie te niefajne sytuacje weryfikują, jak było wcześniej i z jaką intensywnością chcielibyśmy (lub nie) do tego wrócić.

Zawsze byłam fanką robienia noworocznych planów. Przygotowywałam miliony list i z góry zakładałam, że kolejny rok będę mogła uzać za udany, tylko wtedy uda mi się je wszystkie zrealizować. Pamiętam, jak w 2018 postanowiłam zostać weganką, co skutkowało tym, że musiałam zmierzyć się z wyzwaniem zamówienia w restauracji pizzy bez sera (!).

Nie żebym odmówiła sobie w tym roku przyjemności stworzenia listy celów (nigdy marzeń), tyle że tym razem zdecydowałam się podejść do nich trochę łagodniej. Chciałabym, żeby 2019 oraz każdy kolejny rok był dla mnie i dla Was rokiem wdzięczności. Rokiem doceniania tego, co mamy, rokiem wyrabiania – jak to pięknie napisał Piotr C. – “predyspozycji do odczuwania radości”.

Dlatego zanim po raz kolejny zapiszecie w swoim nowym pięknym kalendarzu, że chcecie schudnąć 5 kilo, to zapiszcie obok, że docenicie również to, jak nie przytyjecie. Zamiast planować zaręczyny/ślub w 2019, pomyślcie o tym, żeby najpierw nauczyć się doceniać to, że w ogóle macie obok siebie kogoś fajnego. Zamiast martwić się tym, że takiego kogoś nie macie, to zaplanujcie radość ze stojących przed wami możliwości.

Bądźcie zdrowi i doceniajcie codziennie to, że jesteście.
Mówcie bliskim, jak bardzo ich kochacie.
Nie marudźcie, bo w 90% przypadków naprawdę nie trzeba.

I bądźcie szczęśliwi.
W 90% przypadków naprawdę jest się, z czego cieszyć.