Kojarzycie te programy o odchudzaniu, w których jednym z kroków w kierunku zmiany diety, jest zaprezentowanie otyłej osobie, ile rzeczy potrafi zjeść w ciągu dnia?

Zazwyczaj szczupły dietetyk układa wówczas na jednym dużym stole kilka lub kilkanaście talerzy wypełnionych niezdrowymi posiłkami, żeby potem zaprosić swoich podopiecznych i wytłumaczyć im, że codzienne ładowanie w siebie takiej ilości pożywienia może doprowadzić do miażdżycy, cukrzycy, podwyższenia ciśnienia, a nawet zawału serca.

Uprzedzam pytania. Nigdy nie podjęłam podobnego wyzwania jeśli chodzi o jedzenie. Moja skóra, samopoczucie oraz obwód w pasie w ekspresowym tempie reagują na nadmierną ilość cukru oraz niezdrowych tłuszczów w diecie, dzięki czemu zazwyczaj w porę udaje mi się powrócić do zdrowszego stylu życia.

Postanowiłam jednak wykonać podobny challenge i w jednym miejscu zgromadzić wszystkie… kosmetyki. Podczas sprzątania mieszkania, wyciągałam rzeczy z szafek i przenosiłam je do wanny. Oczywiście, nie ma ona wymiarów jacuzzi, ale mimo wszystko – gdyby kosmetyki były wodą, to zapewne by się z niej wylały.

Szok

Nie mówię tu o samych szminkach, tuszach do rzęs czy rozświetlaczach. W wannie udało mi się zgromadzić liczne zapasy płynów do kąpieli, odżywek do włosów i żeli pod prysznic. Były też olejki, masła, balsamy do ciała, maseczki to twarzy, kremy i hydrolaty. Pozwólcie, że o rekordowej ilości podróżnych buteleczek wypełnionych kolorowymi płynami nie wspomnę.

Gdyby powiedzieć, że przeżyłam szok, to tak jakby nic nie powiedzieć. Odkryłam Rossmanna we własnym mieszkaniu. O ile jednak wizja sprzedaży tych produktów mogłaby wydawać się całkiem kusząca, o tyle świadomość, że to ja je wszystkie kupiłam, trochę mnie przeraziła. Już nawet nie chodzi o pieniądze. Tylko po co komu?

Rzeczy, z których regularnie korzystam, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Byłabym w stanie upchnąć je w średniej wielkości kosmetyczce. Podejrzewam, że na co dzień mieściłyby się w jakiejś niewielkiej szufladzie.

Żeby nie było, nie żyję w 150 metrowym apartamencie. Moje mieszkanie większość osób określiłaby raczej jako małe. A jednak. Podświadomie regularnie znoszę do niego te wszystkie zakupione rzeczy. Powoli gromadzę, coraz bardziej upycham, a potem… zapominam.

NIE CHCIEĆ

Kiedy spotykam się z koleżankami, wszystkie wymieniamy się podobnymi spostrzeżeniami. Że mamy za dużo, że niepotrzebnie. Że po co. Uświadamiamy sobie, że największej radości i tak nie sprawia nam posiadanie, tylko sam moment zakupu, który zazwyczaj trwa od kilku minut do kilkunastu dni.

W 2019 obiecujemy sobie nie chcieć. Postanawiamy ograniczyć ilość rzeczy. Na rzecz (!) budowania wspomnień.

Wchodząc do centrum handlowego, zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji.

Patrzę na to wszystko i już czuję, że moje postanowienia z roku na rok w tym zakresie mają szansę tylko i wyłącznie się pogarszać. Biorąc do ręki przcenioną torebkę (OKAZJA!), wyobrażam sobie to mniej więcej w taki sposób:

2019 Kupować mniej.
2020 Ograniczyć się do jednych zakupów w miesiącu.
2021 Nie kupować codziennie.
2022 Przestać spóźniać się na spotkania zakupoholiczek.

Ale mimo wszystko chcę próbować. Przekonywać się, że nie potrzebuję. Nie AŻ tyle. Chcę wierzyć w to, że mniej naprawdę może w końcu zacząć więcej.

Ze sklepu wychodzę tylko z jedną siatką. Bez problemu mogłabym mieć dziesięć.