Ostatnio zaczęłam obserwować na Instagramie dużo dziewczyn, którym udało się zdrowo schudnąć. Żeby była jasność. Mam na myśli normalne, fajne kobiety, a nie jakieś tam fit influencerki z całą masą filtrów i sztucznie wydłużanymi nogami. Wiosna już niedługo. Nie powinna zaszkodzić mi dawka inspiracji.

Któregoś dnia przeglądałam sobie te różne profile w poszukiwaniu pomysłów na zdrowy obiad i rzuciła mi się w oczy jedna rzecz. U każdej z dziewczyn w komentarzach można znaleźć dosłownie milion pytań o to, jak udało jej się dojść do upragnionej wagi. Ale co konkretnego zrobiłaś? Jadłaś pizzę czy nie jadłaś pizzy? A co jadłaś? Ćwiczyłaś? Zrobisz live’a?

I jakby wiecie, ja strasznie szanuję dzielenie się tymi wszystkimi historiami. Sama uwielbiam czytać o ludziach, którym udało się osiągnąć założony cel. Uważam, że jeden człowiek potrafi być dla drugiego największą motywacją. No ale mimo wszystko z odchudzaniem wiąże się jednak dosyć prosta matematyka. Reguła jest zawsze taka sama. Chodzi o utrzymanie deficytu kalorycznego. Schudniesz wtedy, kiedy będziesz jeść mniej niż spalasz.

Nieważne jest, czy skusisz się na dwie tabliczki czekolady dziennie plus chipsy, czy twoje menu wypełnią dwie turbo odżywcze sałatki. W obu sytuacjach, utrzymując odpowiedni deficyt kaloryczny, jesteś w stanie dojść do planowanej wagi. (Inną kwestią jest oczywiście to, co byłoby dla Ciebie zdrowsze.)

Jeśli sytuacja jest taka prosta, to dlaczego nadal tak wiele osób nie może sobie poradzić z pozbyciem się zbędnych kilogramów?

Część zwyczajnie nie potrafi jeść mniej (i wcale się nie dziwię) i zamiast spożywać codziennie te 1500 kcal (na przykład), wychodzi im ponad 2000, w związku z czym waga stoi w miejscu. Inni natomiast nie mają z tym problemu. Umieją przez kilka(naście) dni z rzędu utrzymywać duży deficyt kaloryczny, wkładając w to przy okazji bardzo wiele wysiłku, ale co jakiś czas (np. podczas weekendów) zwyczajnie rzucają się na jedzenie.

Niestety, takie napady zwykle sprawiają, że zostają przez nich nadrobione wszystkie kalorie ”oszczędzane” w ciągu całego tygodnia. Efekt? W tym przypadku waga również średnio się rusza.

Jeśli chodzi o pierwszą grupę, sytuacja jest dosyć stabilna. Ok, jedzą więcej niż powinni, ale może za jakiś czas w końcu ograniczą porcje. Póki co odżywiają się normalnie. Jak przyjdzie odpowiedni moment, to rozpoczną dietę.

Niestety, w przypadku drugiej grupy nie jest już tak kolorowo. Jej członkowie praktycznie cały czas mają poczucie, że mocno się odchudzają (oj tam, jedzą więcej tylko 2 dni w tygodniu!), a mimo wszystko ich ciało zupełnie się nie zmienia. Rodzi się frustracja.

Możecie się zastanawiać, po co o tym wszystkim piszę, skoro nie jestem w zakresie żywienia żadnym ekspertem (chociaż prywatnie uwielbiam się wymądrzać w tych tematach!).

Otóż, moi drodzy… z jednego prostego powodu. Uświadomiłam sobie, że z każdym innym celem jest dokładnie tak samo jak ze zrzucaniem wagi.

Weźmy pod lupę oszczędzanie. Do czego dążymy? Znowu, żeby zachować pewien deficyt. Prosta matematyka. Uda się, jeśli będziemy wydawać mniej niż zarabiamy. Możemy odkładać codziennie te kilka/kilkadziesiąt złotych albo raz w miesiącu przelać na konto oszczędnościowe jakąś większą kwotę. Jeżeli jednak po kilkudziesięciu dniach sukcesywnego oszczędzania, kupimy sobie coś superdrogiego (czyli przewyższającego nasze oszczędności), w konsekwencji nie odłożymy ani złotówki. Mimo ciężkiej i regularnej pracy!

Ta sama historia może trochę w większej przenośni dotyczyć każdej innej sytuacji. Chociażby blogowania. Jeśli przez pewien czas regularnie wrzucasz posty, udzielasz się w social mediach, tworzysz fajną społeczność i generalnie inwestujesz w to mnóstwo energii, a po jakimś czasie zupełnie znikasz na kilka miesięcy, to zapewniam Cię, że na własną prośbę anulujesz wiele uczynionych wcześniej postępów.

Wszystkie opisane wyżej przykłady łączą przede wszystkim dwie rzeczy. Z jednej strony podejmowanie próby, a z drugiej kompletny brak rezultatów. Frustrujące połączenie, co nie?

To właśnie między innymi dlatego ludziom często nie chce się podejmować kolejnych prób. Przecież tyle razy się już starali, a i tak wszystko poszło na marne. Tylko czy musiało?

Niestety, jakie jest życie, każdy widzi. Wszystko, o czym dzisiaj piszę, prawdopodobnie wydaje się Wam dosyć oczywiste, ale przecież jak przychodzi co do czego, to przestaje być tak łatwo i przyjemnie. (Swoją drogą, gdyby tak nie było, każdy z nas byłby człowiekiem sukcesu.)

Na własnym przykładzie mogę powiedzieć tylko tyle, że poddawałam się miliony raz. Zauważyłam jednak, że najczęściej zdarzało mi się odpuszczać, kiedy przez zbyt długi czas pracowałam za ciężko. W zaistniałej sytuacji po prostu nie było innej opcji niż zacząć buntować się przeciwko własnym wymaganiom.

Na szczęście, w którymś momencie zaczęłam modyfikować oczekiwania stawiane wobec samej siebie. Pozwoliłam sobie odpuścić. Przemycić kilka śliwek nałęczowskich w diecie, nie pójść na siłownię, kiedy źle się czułam. Dokończyć wpis następnego dnia rano, zamiast zarywać noc, żeby akurat dzisiaj coś opublikować.

Wielu ludzi mówi, że lepiej iść do celu małymi kroczkami niż stać w miejscu. Z tym jakby wszyscy naturalnie się zgadzamy. Ja chcę Wam dzisiaj jednak przypomnieć o tym, że lepiej iść małymi kroczkami niż stawiać te kroki zbyt wielkie, kompletnie nie dopasowując ich do własnych możliwości.

W odwrotnym przypadku będziemy się tylko na zmianę zajeżdżać i zniechęcać. A bilans i tak wyjdzie na zero.