Za każdym razem obiecuję sobie to samo. Tym razem nie przestanę pisać. Przecież nie muszę tego robić codziennie. Wystarczy co jakiś czas, byle regularnie. Przecież tak bardzo to lubię. Tak bardzo mi się to podoba.

Pocieszam się jedynie faktem, że co jakiś czas jednak wracam. Zazwyczaj przepełniona jeszcze większą ilością podobnych wniosków. Zawsze, kiedy zbieram się do jednego z wpisów z serii „wracam po dłuższej przerwie”, tłumaczę sobie, że kolejnym razem nie powinnam tak łatwo odpuszczać. Nie powinnam rezygnować z czegoś, co daje mi radość i tak ogromnie rozwija. Nie powinnam znajdować miliona wymówek tylko po to, żeby odciągnąć się od czegoś, co sprawia mi tak olbrzymią frajdę.

Niestety, całą sytuację przysłania jeden, sporych rozmiarów, problem. Niezadowolenie spowodowane tym, że nie spisuję moich myśli regularnie, objawia się zazwyczaj dopiero po kilku tygodniach od ostatniej próby przelania czegokolwiek na papier. Dokładnie w tym samym momencie, w którym liczba pomysłów kłębiących się w mojej głowie, nie mając możliwości ujścia, osiąga apogeum i eksploduje. Z dnia na dzień w związku z towarzyszącym mi poczuciem olbrzymiego odprężenia, raczej się nad tym nie zastanawiam.

To trochę tak jak z niejedzeniem czekolady. Wiem, że samo w sobie byłoby dla mnie bardzo dobre. Niski cukier, świetlista cera, płaski brzuch i te sprawy. A mimo wszystko co jakiś czas zaprzyjaźniam się z nią trochę bardziej. Żeby dopiero chwilę później zdać sobie sprawę, że czas zakończyć ten toksyczny związek i znowu wpaść w stan nadmiernej ekscytacji spowodowanej naszą rozłąką, które koniec końców wychodzi mi przecież na dobre.

To nie codzienne czekoladki mnie denerwują. W końcu uwielbiam ich smak! Tak samo nie denerwuje mnie też to, że codziennie nie piszę. Bo dzięki temu nie muszę również codziennie zastanawiać, jaką puentą zakończyć mój kolejny wywód. Denerwuje mnie jednak ta przychodząca co jakiś czas świadomość, że jest po prostu dobrze w momencie, w którym mogłoby być dużo lepiej.

Nie lubię stania w miejscu. Jestem typem zadaniowca, którego ambitne plany z całej siły popychają mocno do przodu. Uwielbiam się challengować i wyznaczać sobie różnego rodzaju ambitne cele. Począwszy od przejścia na weganizm, przez całkowitą rezygnację z cukru po ambitny plan oszczędnościowy i wyzwanie niekupowania niepotrzebnych rzeczy przez kilka kolejnych miesięcy z rzędu.

Jestem z tego strasznie dumna. Z jednej strony wiem, że wiele rzeczy mi nie wyszło, ale z drugiej czuję, że mimo wszystko bardzo mocno się rozwijam. Są jednak takie dziedziny, w których chciałabym być tak sukcesywna i perfekcyjna, że kompletnie się z nich wycofuję.

Jedną z nich jest pisanie.

Oglądam te wszystkie programy rozrywkowe (#guiltypleasure) i myślę sobie, że gdybym umiała śpiewać, z pewnością zawojowałabym niejedną scenę. Gdybym umiała gotować, zdobyłabym dużo więcej niż tytuł MasterChefa. Gdybym chciała skupić się w stu procentach na tańcu, trenowałabym całymi dniami. Naiwnie przekonuję siebie i innych, że mając jakiś ogromny talent pracowałabym najciężej ze wszystkich.

A potem biorę do ręki książkę. I mam ochotę pomyśleć, że gdybym tylko umiała pisać, to napisałabym światowej sławy bestseller.

I co? Łapię się na tym, że ja przecież mogłabym to zrobić. Nie, oczywiście, nie w tym momencie. Ale gdybym tylko miała w sobie na tyle motywacji, żeby wykorzystać ten zalążek talentu, który wykryła u mnie kiedyś moja polonistka z gimnazjum… Gdybym dała radę systematycznie pracować nad tym, żeby szkolić warsztat… Gdybym chciała regularnie czytać, pisać i konfrontować się z moimi słabościami, to myślę, że tak, że mogłabym to zrobić.

Co mnie powstrzymuje? Wątpliwość, czy uda mi się pisać jak najlepiej. Co powinno mnie pchać do przodu? Świadomość, że prawdopodobnie z każdym dniem robiłabym jakikolwiek postęp.

Ostatnio na studiach, na zajęciach z psychologii motywacji, usłyszałam, że prokrastynacja jest niczym więcej niż profesjonalnie brzmiąca nazwą dla lenistwa. Nawiązując do mojego związku z pisaniem, pomyślałam sobie wtedy, że nie chciałabym nazywać się leniuchem. Dużo czytam, myślę i czuję, że w jakimś stopniu jednak przykładam się do tego, żeby wyrobić w sobie nawyk poprawnego składania wyrazów w zdania. Gdybym jednak miała być z Wami stuprocentowo szczera, powiedziałabym raczej, że to nie jest tak, że odkładam coś na później. Ja po prostu bardzo wiele m a r n u j ę. Każdego dnia.

Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was pewnie nie utożsamia się z moją historią. Znam mnóstwo osób, dla których sama idea pisania kojarzy się ze szkolną traumą. Jestem jednak przekonana, że każdy z nas nas tu i teraz zaprzepaszcza coś, z czym dałoby się wiele zrobić.

Może być to być talent, którego nie wykorzystujemy. Może to być drugi człowiek, który chce przy nas trwać, a my zamiast tego zalewamy go falą krytyki tylko dlatego, że nie zrobił czegoś w taki sposób, w jaki my byśmy to zrobili. Może to być czas, którego, wydaje się, mamy przecież tak wiele.

Pewne rzeczy traktujemy jak oczywistość.

Obyśmy tylko za jakiś czas nie zatęsknili za ich niewykorzystanym potencjałem.