W niedzielę myślisz o poniedziałku. Koło wtorku zaczynasz odliczać do piątku, żeby za te kilka dni pękać z radości, że to prawie weekend. W sobotę jest fajnie, bo sobota. A w niedzielę w twoich myślach pojawia się już kolejny tydzień. 

Nas już prawie nie ma tu i teraz. Wszyscy jesteśmy tylko planami do zrealizowania, obietnicami do spełnienia i aspiracją do pięknej wizji przyszłości. Tak jak byśmy wcale nie chcieli dobrze dzisiaj, tylko z dużo większym entuzjazmem optowali za tym, żeby dobrze było raczej za chwilę.

To właśnie dlatego związujemy się z ludźmi, którzy mają p o t e n c j a ł. Wybieramy pracę, która za jakiś czas da nam szansę awansu. A wśród znajomych nerwowo wyszukujemy ludzi, których kontakty kiedyś będą mogły nam się przydać.

W konsekwencji prawdziwe dzisiaj nigdy nie nadchodzi. Bo w naszych umysłach już dawno przerodziło się ono w proste narzędzie do tworzenia przyszłości. Nie. Nie buntuję się przeciwko temu, że tak to wygląda. Zdaję sobie sprawę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a duże osiągnięcia zwykle budowane są małymi kroczkami, które wypadałoby podejmować codziennie.

Sprzeciwiam się temu, żebyśmy tego dzisiaj nie doceniali. I nie chcę, żeby to, co wydarzało się dziś, w mgnieniu oka zaczynało być klasyfikowane przez nas jako nic nie znaczący dzień poprzedni. Nie chcę, żebyśmy oceniali wszystko na podstawie przypuszczalnego potencjału. I nie chcę, żebyśmy z taką łatwością z siebie rezygnowali, tylko dlatego, że kiedyś może nic z tego nie wyjść.

Nie życzę sobie, żeby jakikolwiek moment, w którym jest nam dobrze, był postrzegany jako marnowanie czasu. (Tylko dlatego, że ktoś powiedział nam, że może do niczego wielkiego nie doprowadzić.)

DZISIAJ powinno na pierwszym miejscu liczyć się to, żeby to DZISIAJ było nam dobrze. A dopiero potem możemy zastanawiać się nad wizją jutra.

No chyba, że dzisiaj jest bardzo źle. Wtedy wyjątkowo pozwalam, żeby nie czekać z podejmowaniem kroków, które sprawią, że jutro już nie będziemy musieli się tym martwić.