To teraz wyobraź sobie, że cofamy się o jakieś 20 lat. Jest rok 2000, a my pojawiamy się na tym świecie tylko po to, żeby opowiedzieć ludziom przyszłość.

Zaczynamy bardzo ogólnikowo. Mówimy, że już niedługo – jako gatunek, jako l u d z i e – będziemy mieć poważny problem z tym, żeby ze sobą normalnie porozmawiać. Że za jakiś czas spontanicze odezwanie się do drugiego człowieka na ulicy stanie się sporym wyzwaniem. Że będziemy musieli się wzajemnie (w internetach) motywować do tego, żeby w ogóle się do kogoś uśmiechnąć. No bo – zapomniałam dodać – niedługo wszystko będzie w internetach.

Ci sami ludzie, którzy zagadanie do siebie na ulicy uznają za coś super nadzwyczajnego, okażą się na tyle szaleni, żeby co jakiś czas wrzucać do sieci swoje (pół)nagie zdjęcia z nadzieją na to, że ktoś na ich widok przesunie po ekranie smartfona w prawo i rzuci jakimś beznamiętnym “cześć” albo bardziej konkretnym “u mnie czy u ciebie?”.

Dokładnie ci sami ludzie będą mieli w obrębie komunikacji naprawdę mnóstwo nieograniczonych możliwości. Będą mogli do siebie pisać. Dzwonić. Wysyłać znikające zdjęcia. Forłardować memy. Tworzyć długie maile. Będą mogli nawet praktycznie za darmo rozmawiać ze sobą przez kamerkę.

Nie wiedzieć czemu, wyżej wspomnianych ludzi najbardziej zafascynuje jednak opcja ograniczania wydawanych komunikatów do minimum. Do mistrzostwa opanują oni sztukę wysyłania zbyt krótkich wiadomości w zbyt długich odstępach czasu. A potem już tylko sprawdzania. Co, kto i o której przeczytał.

 

Znalezione obrazy dla zapytania mem detective

 

Już niedługo będziemy w stanie kontrolować większość rzeczy. Zakochamy się więc w możliwości regularnego przegrzebywania cudzych fejsbuków, linkdinów i instagramów. Czyli, w dużym skrócie, takich miejsc, w których wszyscy będziemy dużo bogatsi, szczuplejsi i potencjanie dużo bardziej atrakcyjni niż na żywo.

Żeby nie było. Nadal najbardziej na świecie – jako gatunek, jako l u d z i e – będziemy potrzebować miłości, bliskości i zrozumienia. Tylko że o tym, jak o wszystkim, już za jakiś czas przestaniemy głośno mówić.

W którymś momencie zaczniemy się już tylko siebie domyślać. Analizować walle. Sprawdzać polubione wpisy, dodane zdjęcia. Odpowiadać sami sobie na niewypowiedziane  pytania zamiast najpierw zapytać wprost o czyjeś intencje.

Przyjdzie też taki moment, w którym uświadomimy sobie, że każdy z nas jest tylko jedną z dostępnych opcji i to właśnie wtedy – bardziej niż kiedykolwiek – przestraszymy się obrazu potencjalnego odrzucenia.

Bo, drodzy państwo, w obrędnie odrzucania też będziemy mieć naprawdę spore możliwości. Będziemy mogli się usuwać. Blokować. Odobserwowywać. Przestać obczajać story. Wyrzucać ze znajomych.

I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdybyśmy przy okazji nie zaczęli traktować się tak, jakbyśmy w każdym momencie mogli się beznamiętnie skreślić.

Właśnie dlatego – żeby kiedyś zbyt mocno nie cierpieć – we wszystko przestaniemy się po prostu mocno wczuwać.

Nie będę wtedy za to obwiniać social mediów ani internetu. Bo jeśli ktoś tylko zechce, to będzie mógł w tym samym czasie rozmawiać na trzy różne tematy w trzech różnych miejscach z tą samą osobą, jednocześnie gadając z nią przez telefon. Bez obaw, nikt nie powie nam, że koniecznie musimy się komunikacyjnie rozleniwić.

Tylko, że, moi mili,  o to, żeby tak się nie stało, trzeba będzie po prostu mocno walczyć. Naprawdę porządnie starać o prawdziwą, intensywną, nieprzerwaną rozmowę, która już za jakiś czas będzie robić na nas duże wrażenie.

A z czasem to już chyba tylko większe.