O przepisywaniu problemów na kolejny tydzień

W pracy jestem osobą dość uporządkowaną. Być może nie odzwierciedla tego bałagan na moim biurku (pojawiający się zazwyczaj w ekspresowym tempie) ani nie potwierdzają wybuchy trudnego do opanowania śmiechu (no dobra, czasem wręcz n i e m o ż l i w e g o do opanowania). Ale generalnie tak, lubię, jak wszystko dzieje się zgodnie z planem, ludzie trzymają się dedlajnów, a korpożycie nie dostarcza zbyt wielu nieoczekiwanych asapów i nieproszonych niespodzianek. 

Na co dzień pracuję, wspierając się tak zwaną to do listą. Oznacza to mniej więcej tyle, że w moim obrandowanym kalendarzu codziennie rozwijam stworzony wcześniej spis zadań do wykonania. Przy każdym z tasków dorysowuję zawsze małą kwadratową kratkę, która z założenia w ciągu kilku kolejnych dni powinna zostać jakkolwiek zamalowana lub odhaczona na znak dopełnienia jakiegoś zadania.

Piątek jest w moim kalendarzu oficjalnym dniem przenoszenia obowiązków na kolejny tydzień. W dużym skrócie: chodzi o to, żeby zostawić w tyle wszystko to, co zostało wykonane, a na następnej stronie powtórzyć to, co dalej zalega.

Zazwyczaj proces przepisywania idzie mi dosyć gładko. Piątek koło czternastej w ogóle jest całkiem przyjemnym momentem tygodnia. Można wtedy rutynowo westchnąć, rzucając w przestrzeń open space’u jakąś złotą myśl na temat tego, jak ten czas szybko leci i zwrócić swoje myśli w okolice weekendu. A kiedy ktoś zdecyduje się wyrwać mnie z tego błogiego zamyślenia, i zapyta, co dzisiaj robię, z dumą w głosie odpowiem, że w piątki leżę w wannie.  

I wszystko byłoby super, gdyby nie to nieprzyjemne ukłucie w sercu na widok zadań, za które z n o w u się nie zabrałam.

Są to zazwyczaj sprawy, o których dużo myślę i które zadomowiły się już całkiem z tyłu głowy, ale mimo wszystko przepisuję je skrupulatnie z tygodnia na tydzień, żeby potem móc je świadomie omijać. Nawet jeśli instynktownie czuję, że już niedługo dostanę maila o treści: can you please update me on the progress?

Korpożycie i życie samo w sobie ciągle utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie ma takiego czegoś jak nieodrobione lekcje. Jeśli ktoś czegoś realnie potrzebował, to prędzej czy później zawsze mu się o tym przypomni. Małe asapy, sprzeczki i wątpliwości nigdy nie są groźne. Najgorsze są wszystkie te tematy, które długo za długo pozostają bez rozwiązania. Rzeczy, o których w pewnym momencie przestaje się nawet wspominać.

Tylko że w którymś momencie życie i tak będzie kazało nam do nich wrócić…

Przez długi czas w trakcie kilkuletniego związku szczyciłam się tym, że nigdy nie pokłóciłam się ze swoim chłopakiem. Dzisiaj, już po naszym rozstaniu, mogę śmiało przyznać, że doskonale pamiętam wszystkie kwestie, które kiedyś umieliśmy sobie przegadać, ale dużo bardziej zapadła mi w pamięć cała reszta niedokończonych tematów, którymi m o ż e trzeba było zawczasu potrząsnąć (zanim same potrząsnęły naszym związkiem).

Wszyscy jesteśmy poharatani i mamy nieporządki w głowach. To właśnie dlatego z taką łatwością dajemy się wciągać w emocjonalne pułapki przeszłości (atakujące – jak te proszące o update maile – najczęściej w najmniej oczekiwanych momentach).

Jeśli o to chodzi, to jestem czasem strasznie łatwa. Ostatnio znowu dałam się w coś wrobić…

***

Moją relację z ojcem umieściłabym gdzieś pomiędzy słowami neutralna a poprawna. Nie jest tak, że mamy jakiś super kontakt, ale nie jest też tak, że w ogóle go nie mamy. Łapiemy się mniej lub bardziej regularnie na messengerze, na sushi, długo, długo nic, a potem gdzieś w okolicach insta.

Kilka dni temu udało nam się zahaczyć na dosłownie kilka minut. Wymieniliśmy ze sobą parę zdań, kilka kropek i ze trzy znaki pytania. Przy ostatnich słowach przeszliśmy nawet do tematu tańca, którym zdecydowanie najprościej można mnie otworzyć. W ogóle tańcem najłatwiej jest mi zrobić dobrze.

Zanim zorientowałam się, że jesteśmy już na etapie lakonicznych pożegnań, zdążyłam umieścić w okienku naszej konwersacji kilka tanecznych filmików (z serii tych, od których absolutnie nie potrafiłabym oderwać wzroku). Odpowiedź była krótka.

„Czas“

Natychmiast pomyślałam, ze już go dla mnie nie ma.

Oj, jak jak ja wtedy w sobie wybuchłam. Zaatakowały mnie nagle wszyskie złości razem wzięte. Przypomniała się każda minuta, której kiedyś poświęcono mi za mało. Zdenerwowały wspomnienia.

A kiedy chwilę później chwyciłam za telefon (z głową ciętych ripost, w które naprawdę umiem bardzo dobrze), zorientowałam się, że chodziło o „czad“.

I niby odetchnęłam z ulgą, ale z drugiej strony miałam poczucie, że nadal nie przepracowałam tego zadania. Pomyślałam sobie wtedy, że każdy z nas jest tylko sumą własnych wrażeń. I doświadczeń, którym musi codziennie stawiać czoła.

***

W pracy jestem dość uporządkowana. W życiu staram się być chociaż porządna. W moim mieszkaniu zazwyczaj panuje (sporych rozmiarów) artystyczny chaos. Kiedy próbuję go w jakikolwiek sposób ogarnąć, w głowie zawsze huczą mi słowa mojej mamy, że

wystarczyło

na bieżąco

odkładać rzeczy na miejsce.

/

Rozmawiałam ostatnio z W. o pewnym mężczyźnie.

– Serio, Karinio. Wiedziałyśmy, że to nie ten od pierwszego spotkania – powiedziała.
– No tak, ale przepisywałaś go sobie na kolejny tydzień – westchnęłam.