Uwielbiam styczeń

Nie będę udawać, że jest inaczej. Uwielbiam styczeń. Co prawda, nie kręci mnie ani sylwester, ani beznadziejna pogoda, ani tym bardziej fakt, że nagle we wszystkich siłowniach, szkołach tańcach i na basenach pojawia się cała masa ludzi, którzy przez ostatnie dziesięć miesięcy omijali je szerokim łukiem.

Uwielbiam styczeń głównie dlatego, że przynosi nowe.

Ja wiem, że teoretycznie nic się nie zmienia. Że to tylko pewna umowność, zmiana daty w kalendarzu, ni mniej, ni więcej. Przekonuję się o tym dobitnie, otrzymując życzenia szczęśliwego nowego roku w okolicach godziny… 15 od koleżanki z przyszłości Australii.  Kiedy ja jestem jeszcze w fazie robienia wszystkiego, czego niedługo będę sobie odmawiać, ona już wita się gorącymi uściskami ze swoimi noworocznymi postanowieniami…

Tapeta na moim telefonie głosi dumnie: yesterday you said tomorrow. Swoich najbliższych z całego serca namawiam do tego, żeby wszelkich zmian dokonywali tu i teraz. Potrafię przyjść do pracy i po zdobyciu odrobiny atencji oznajmić na open space’ie, że dzisiaj jest ostatni dzień reszty naszego życia.

Grudzień zawsze był i zawsze będzie dla mnie czasem podsumowań. W tym miesiącu zazwyczaj wyznaczam sobie również nowe cele. A w związku z tym, że jestem osobą ambitną, moje postanowienia nie mogą się za bardzo ode mnie różnić. Głęboko wierzę w to, że brak rozwoju to nie tylko stagnacja. Stagnacja to pogarszanie się naszej sytuacji. W praktyce jednak wielokrotnie zdarza mi się stawać w miejscu, żeby dopiero za jakiś czas świadomie zacząć działać. Nawet jeśli teoretycznie nie lubię czekać.

W tym roku jednak pierwszy raz świadomie pytam siebie o to, co się stanie, jeśli wykonam swój plan? A co jeśli zawiodę? Oprócz kilku bardziej prywatnych przemyśleń, dochodzę do zaskakującego wniosku. Że w gruncie rzeczy moim celem wcale nie jest zrealizowanie czegoś, ale nieprzerwana realizacja. Że wcale nie chodzi o dokonania, ale o konsekwentne działanie.

***

W okolicach końca roku w internecie pojawia się cała masa podsumowań. Ludzie w social mediach mówią o swoich osiągnięciach. Piszą o tym, przez co przeszli, do czego doszli i czego jeszcze dokonają. Problem w tym, że zbyt wielu odczuwa jakąkolwiek radość dopiero wtedy, jak coś zrobi. Mało kto chwali się tym, że w ogóle działa.

W świecie efektywności istnieje tylko to, co widać. Jeśli nie widać efektów twojej pracy, to często oznacza, że nic nie robisz.*

Mam z tym duży problem. Z tym, że dzisiaj wszystko musi być po coś. Że każde działanie czy relacja musi mieć jakiś mierzalny i widzialny efekt. Że jak pisać, to po to, że żeby publikować. Jak ćwiczyć to dla sześciopaka. Jeśli się z kimś spotykać, to po to, żeby coś z tego wyszło. Jak szyć, to na wybiegi. Fotografować na wystawy. A jak biegać, to tylko w maratonach.

Byłam ostatnio na siłowni. Wybrałam zajęcia o nazwie brzuch i stretch. Trenerka rozpoczęła od ćwiczeń ogólnorozwojowych. Po kilku minutach jeden z uczestników zapytał, czy to na pewno trening poświęcony rzeźbieniu mięśni brzucha…

Nie chodzi mi o to, żebyśmy nagle działali bez celu i wiecznie polegali na teraz. Tylko żebyśmy nie przestali doceniać teraz, myśląc wiecznie o krainie jutra.

Żebyśmy byli dzisiaj. Cieszyli się z małych przyjemności i ze wszystkiego, co nam tu i teraz robi dobrze. I żebyśmy doceniali wszystko to, co może natychmiastowo nie przyniesie spektakularnych rezultatów, ale każdego dnia będzie dawało nam chociaż odrobinę szczęścia.

Żebyśmy zauważali nie tylko metę, ale także drogę. Żeby przed działaniem nie hamowała nas myśl, że być może nagle nie osiągniemy spektakularnych rezultatów. Żebyśmy nie szukali wymówek i nie zaczynali dopiero wtedy, kiedy będziemy czuli się wystarczająco dobrzy. Tylko żebyśmy robili wszystko, by w ogóle mieć szansę tak się poczuć.

Życie nie jest efektem tego, co robimy wielkiego, ale tego, co robimy często.*

Przeczytałam ostatnio, że według statystyk przez znalezieniem się na liście bestsellerów New York Times’a każdy z autorów napisał średnio czternaście książek. Czternaście książek. Serio.

I tak sobie wtedy pomyślałam, że prawdopodobnie udało im się to głównie dlatego, że na pewnym etapie po prostu zaczęli

więcej pisać
niż dbać o to, żeby
n a p i s a ć.

 

 

* Projekt przyszłość, Michał Szatiło